January 19, 2016

Indie. Pierwsze starcie. :)

Rzadko miewam tak, że tak bardzo marzę o podróży dokądś przez tak długi czas. Zwykle po prostu wpadam na pomysł, i bam! Dzieje się. Spontanicznie coś mi przychodzi do głowy, że akurat właśnie teraz, już. No bo wiadomo, że chciałabym WSZĘDZIE. Ale tak po prostu wszędzie, bez szczególnego ciśnienia na coś konkretnego. A do Indii chciałam od zawsze, i to BARDZO. Jeszcze kiedy jako nastolatka chodziłam herekrisznić... no i nic. Nie szło. Już WSZYSCY byli, a niektórzy po parę razy! A ja? Wymówki, inne plany... a bo na 3 tygodnie to za krótko... a bo to, a bo samaniewiemco. Aż tu w końcu przyszedł taki moment w moim życiu, pełen ZMIAN. O których pewnie też coś kiedyś napiszę... No i znalazłam się w Indiach 3 dni temu, zupełnie do tego zadania nieprzygotowana. I będę tu do końca kwietnia, czyli prawie 4 miesiące!
Zdecydowałam się na ten wyjazd już jakoś pod koniec września, ale wtedy wymyśliłam sobie 3-miesięczny wolontariat w Mumbaju. Wolontariat załatwiłam, dostałam papiery do specjalnej wizy i o mało co nie wynajęłam mieszkania... jakoś tak w ostatniej chwili zrezygnowałam i postanowiłam cały czas poświęcić na jeżdżenie po kraju. I oto jestem, już trzeci dzień w Mumbaju. I już miałam mnóstwo przygód!
Leciałam linią Emirates, chyba najfajniejszą ze wszystkich, którymi latałam. Jedzenie dobre, obsługa miła, komfort, wszystkie epizody „Gwiezdnych Wojen”... które z przyjemnością obejrzałam, bo przecież właśnie wszedł VII! Obejrzałam tak naprawdę 3,5 filmu. Zamiast spać. W międzyczasie w Dubaju na lotnisku zdrzemnęłam się w całkiem wygodnym fotelu z podpórką na nogi. Lotnisko też miłe, 0,5 l wody kosztuje złotówkę! I są tam BB-8! I jeżdżą!!! :)
Za to Mumbaj... w kolejce do odprawy paszportowej czeka się dłużej niż na JFK... ale nic to, wyszłam, trafiłam prosto na ryksze, oraz na miłego pana z Air India, który poinstruował mnie, jak ich używać. Pan rykszarz nie wiedział, gdzie jest mój hostel (zarezerwowałam sobie z góry na booking.com, zwykle tego nie robię, ale nie chciało mi się błąkać w ciemno), a ten nie znajdował się  wcale tam, gdzie lokalizowały go google mapsy. Opis na stronie www też mało pomagał... ale w końcu się udało.
Hostel bardzo miły, czysty... ale drogi, 1000 r$ (60 zł) za łóżko w dormitorium. Ze śniadaniem (4 kromki chleba tostowego typu brytyjskiego, 1 jajko na twardo i herbata/czaj/kawa). Zaletą jest położenie blisko lotniska... wadą położenie daleko od centrum. ;)
Wczekowałam się, zapoznałam współlokatorkę z Rosji i padłam. Potem chciałam delikatnie się rozejrzeć, co skończyło się wizytą na plaży Juhu oraz fast foodem tamże:
Jest ciut zatłoczona... ale i tak słońce zachodzi całkiem ładnie!
A także przejażdżką miejskim autobusem i pociągiem, wycieczką po Colabie i Forcie oraz lokalnych top knajpach. Nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała lokalnego piwa KingFisher! Które dostałam w takiej szklance:
Nie byłam jakoś szczególnie nagabywana, uliczna kwiaciarka namawiała mnie na bukiet róż, ale powiedziałam, że nie mogę sama sobie kupić, bo przecież to facet powinien, to dała mi jedną różę w prezencie, śmiejąc się serdecznie. W ogóle nasłuchałam się przeróżnych historii o gwałtach, molestowaniu, kradzieżach i nagabywaniu... ale spotykały mnie tylko uśmiechy i życzliwa pomoc. Ruch uliczny i hałas też jakoś mnie nie oszołomił... ani brud... więc albo jeszcze nie spotkałam się z tym właściwym Indiom natężeniem, albo ponad 5 lat w Afryce mnie ciut uodporniło. ;)
Po namyśle muszę stwierdzić, że ruch jest tu bezpieczniejszy niż w Ghanie: tutaj wszyscy uważają na wszystkich i mają oczy dookoła głowy, w Ghanie panuje prawo większego, i ten większy już nie musi patrzeć...
Wróciłam na swoje „przedmieście” pociągiem, dałam się naciągnąć rykszarzowi (dopiero się uczę, chociaż i tak współhostelowicze patrzyli na mnie z uznaniem, że pierwszego dnia i pociąg, i autobus, i w ogóle ;)), wróciłam szczęśliwe do hostelu na międzynarodowe podróżne pogaduchy. Warto posłuchać tych, co już się tu trochę kręcą! J

Kolejnego dnia zaspałam na wszystko. No, ale w końcu mam wakacje, nie? Jak się już w końcu wygrzebałam, to pojechałam do Bandry, dzielnicy, w której miałam odbywać wolontariat. Miała to być lepsza dzielnica, z główną ulica pełną eleganckich sklepów. I poniekąd tak było, tzn. były sklepy znanych marek... a poza tym cała ulica była rozkopana wzdłuż, więc tłok był większy i wszyscy bardziej trąbili. Kupiłam 2 tuniki i poszłam na spacer nadmorską promenadą:
 wstępując po drodze na lunch:
Stamtąd postanowiłam pojechać do centrum z naleźć jakiś sensowny nocleg na kolejna noc – rezerwacje miałam tylko na 2 noce, a było za daleko i za drogo. ;)
Znowu oblazłam wielki kawał miasta, kończąc piwem i przekąską w centrum. Był taki tłok, że kelner zapytał, czy może mi kogoś dosadzić do stolika, zgodziłam się i poznałam bardzo fajna dziewczynę, z którą pogadałyśmy sobie dłuższą chwilkę. Wypytałam ją o różne szczegóły lokalnych zwyczajów, np. ile, komu i kiedy dawać napiwków. Otóż 10-15%, ale nie raczej nie więcej niż 50 r$.
Kolejny wieczór był udany, ale znowu padłam... przyjechałam przeziębiona, więc nadmiar rozrywek trochę mnie zmęczył. Chyba trzeba się trochę wyluzować i wyzdrowieć!
Hostel powitał mnie informacją, że przenieśli moje rzeczy do innego pokoju, bo tego potrzebowali dla grupy. OK, nie byłoby problemu, ale w tym pokoju mieszkał jakiś facet, a ja zamówiłam sobie żeńskie dormitorium... więc pana przeniesiono do salonu... a ja miałam pokój tylko dla siebie, co zdecydowanie pomogło na gorączkę. Dzisiaj rano wyczekowałam się po śniadaniu, pojechałam do hotelu, który oglądałam wczoraj, mieli pokój, więc poszłam tam i odpoczywałam. Pokój nie byle jaki, miał okno z widokiem na morze!!! :D
Ogarnęłam też w końcu kupowanie biletów na pociągi, i już jutro jadę na Goa! Po południu mały spacer po okolicy, fotografowanie zabytków:
I innych sławnych budynków. To powyżej to "Gateway of India", poniżej na lewo hotel Taj Mahal.
 a na obiad thali:
Oraz mieszkańcy miasta w naturalnym środowisku:

no i tyle. Żegnam się z Mumbajem chwilowo, dobranoc! A jutro pociąg na Goa! :)

No comments: