June 19, 2014

Jak się nie dać zabić w ghańskim szpitalu, czyli przypadki i wypadki jeżdżą po ludziach.

Dawno już obiecałam opisać wypadki, które skłoniły mnie do zrezygnowania z motocykla. A przynajmniej zrezygnowania z niego w Ghanie. No to przyszła ta chwila w końcu! :D
Do pierwszym kontaktu z ghańską służbą zdrowia (oczywiście tą najlepszą, prywatną, nie taką dla wszystkich, tylko dla bogatych neokolonistów... ) zmusił mnie wypadek na motocyklu. Parę tygodni po zakupie wybrałam się na wycieczkę, miałam akurat 2 dni wolnego. Pojadę więc do Cape Coast na moto! Ale super! Pakując się coś mnie tknęło, żeby buty z cholewką założyć, ale tknięcie zignorowałam i założyłam zwykłe adidasy... Plecak przytroczyłam do siedzenia z tyłu, wsiadłam na moto absolutnie szczęśliwa i podjarana... ujechałam ze 2 km i przy wymijaniu samochodu skręciłam za ostro w stosunku do szybkości, na asfalcie był żwir... i runęłam tak niefortunnie, że moja lewa stopa została pod maszyną, i takim radosnym ślizgiem przejechaliśmy jeszcze parę metrów. Jakiś inny motocyklista zaraz się obok zatrzymał i pomógł pozbierać. Kierownica się z lekka pokrzywiła... a ja miałam w stopie na kostkach 2 dziury wypchane żwirem. Pomocny pan motocyklista pomógł mi również w dotarciu do szpitala, wziął mój motocykl, a ja pojechałam na jego maszynie. Takim wysokim terenowym czymś, co ledwo sięgałam stopami do ziemi. Dziurawymi stopami zwłaszcza. Ale nic to, udało się! Zameldowałam się w recepcji szpitala, będąc jeszcze w zbroi i z kaskiem, poinformowałam, że miałam wypadek i mam otwarte rany. I czekałam tak sobie z półtorej godziny. Potem mnie zawołano do gabinetu, gdzie pani pielęgniarka zmierzyła mi temperaturę i ciśnienie. Następnie kazała stanąć na wadze. Próbowałam nieśmiało zaprotestować, wymawiając się, że przecież nie mogę stać na dziurawej stopie... nie pomogło, musiałam wstać i się ustawić na wadze. Nie zgadniecie! Moja waga była zupełnie w porządku!
Następnie wróciłam do poczekalni i czekałam kolejne pół godziny. Gdy wezwano mnie do kolejnego gabinetu, był tam już lekarz. Rzucił okiem na moją stopę i zaczął ochrzaniać wszystkich, że jak to, dlaczego ja czekam tak długo, i czemu rana nie jest wyczyszczona... zabrano mnie do zabiegowego. Tam pan pielęgniarz bardzo długo otwierał różne szuflady, zamykał, otwierał, grzebał w butelkach i bandażach, wykładał, przekładał, otwierał i zamykał szuflady, wyjmował przeróżne specyfiki i medykamenty. Po kolejnych 15 minutach napomknęłam, że miał wyczyścić moje rany... podszedł do mojej stopy z gazikiem umoczonym w czymś (siedziałam na krześle, ze stopą na drugim krześle) i zaczął bardzo delikatnie i odsuwając się na najdalszą możliwą odległość, coś-jakby-muskać moje rany, trochę w stylu zabawy z kotem, kiedy się go chce niepostrzeżenie zaczepić, albo mu coś zabrać, tak, żeby nie zauważył i nie podrapał... Na szczęście zabawa w kotka i myszkę w końcu się skończyła, bo przyszedł lekarz. Oczywiście moje rany w ten sposób nie zostały nawet odrobinę oczyszczone. Skóra była poszarpana na kostkach, rany płytkie, ale żwir był pod skórą. Lekarz całkiem sprawnie je oczyścił, wydłubując żwir spod skóry, po uprzednim wstrzyknięciu miejscowego znieczulenia. Całego nie dał rady wydłubać, dlatego do końca życia będę mieć ghańską ziemię pod skórą! :)
Lekarz rany zaszył i oddał mnie w ręce pielęgniarki, która miała je opatrzyć. Napakowała gaz tak ciasno, że wydawało mi się niemożliwym, żeby rany mogły pod tym wszystkim oddychać, no ale ja nie jestem fachowcem, to się nie odezwałam. Gdy po 2 dniach przyszłam na zmianę opatrunku, pani była bardzo zdziwiona, że wszystko takie mokre! Zasugerowałam, że może opatrunek był za ciasno... odpowiedziała ghańskim sposobem "E-HEEE" i zapakowała identycznie. Wróciłam do domu, zdjęłam to i przykleiłam zwykły plaster z opatrunkiem, po to tylko, żeby szwy mi się o buty i skarpetki nie zadzierały. Po tygodniu sama zdjęłam szwy, a do szpitala (w tej sprawie) więcej nie poszłam...

Druga historia była zdecydowanie mnie zabawna. Jechałam z pracy do domu, w środku dnia, z plecakiem pełnym zakupów. Ulica w moją stronę była zakorkowana, z przeciwnej nic nie jechało, jechałam więc środkiem, wymijając pojazdy po mojej stronie jezdni. Nagle, zaledwie 20 m przed mną, na środku ulicy pojawił się samochód. Baba wyjechała z parkingu przed bankiem po prawej stronie, i nie patrząc, wjechała sobie na środek. Miałam chwilkę zaledwie, żeby pomyśleć, że muszę być daleko od motocykla... a potem już moja głowa leżała pod samochodem, który na szczęście był wysokim SUV. Głowa na szczęście w kasku, na górnej części ciał zbroja, buty, tym razem, długie. Niestety, nie miałam ochraniaczy na kolana... W momencie, kiedy zobaczyłam samochód przed sobą, tak jakby zeskoczyłam z motocykla, upadając na prawe kolano, i ślizgiem wpadając pod tylne koła samochodu. Motocykl wpadł pod przednie. Samochodowi nic się nie stało... Tłum ludzi się zebrał wokół natychmiast, wyciągnięto mnie spod samochodu i POSTAWIONO. Stałam, ale w szoku. Zapakowano mnie do samochodu baby bez wyobraźni razem z plecakiem, moto... nie myślałam wcale o moto. Zobaczyłam rozdarte spodnie i zakrwawione kolano. Baba zawiozła mnie do tego samego szpitala, gdzie tym razem natychmiast zabrano mnie do gabinetu zabiegowego. Obejrzeli kolano, nic nie wypatrzyli. Nie mają w tym niby najlepszym szpitalu w Akrze nawet Roentgena... przemyli ranę, opatrzyli. Kazali oszczędzać nogę. Nikt nie zainteresował się tym, że może poza ewidentnym urazem są jeszcze jakieś głębiej ukryte. Musiałam nalegać, żeby lekarz zechciał ogólnie mnie "sprawdzić". I okazało się, że są jeszcze obtarcia tu i tam. Najfajniejsze było takie na biodrze - kiedy jechałam w ślizgu po asfalcie, zbroja mi się podwinęła i goła skóra poszorowała tam trochę. Bardzo idiotyczne miejsce na zdrapkę, nijak nie chciało się goić. Ani ubrań nosić, ani spać, ani nic... dostałam skierowanie na Roentgen i wróciłam do domu. Przepisano mi antybiotyk przeciw stanowi zapalnemu i środki przeciwbólowe. Na zdjęciu lekarz nie wykrył pęknięcia rzepki, sprawa wyszła dopiero po paru miesiącach w Polsce. Fizjoterapię i rehabilitację zaleciłam i przeprowadziłam sobie sama. Dzięki temu kolano się ciągle zgina. Ma tylko bliznę i trochę inny kształt. Opuściłam z powodu wypadku 1 dzień pracy. Przez miesiąc biegałam po lotnisku w Akrze o kulach. Teraz biegam bez, nie odczuwam żadnych skutków ubocznych, jedynie boli bardziej, jak się uderzę. Tak, że aż stają łzy w oczach... Miałam też traumę przez jakiś czas, bałam się wyjść na ulicę w Akrze. Stawały mi przed oczami drastyczne sceny, w jaki sposób mogę właśnie w danej chwili ulec wypadkowi. Mam całkiem bujną wyobraźnię, muszę przyznać... :D
Moto odnalazło się w sklepie obok, ktoś je tam odprowadził, a właściciele się zaopiekowali. Rozbił się reflektor, skrzywiła rama. Tak, że wpadał potem w wibracje powyżej 60 km/h. Skąd wiem? Bo jeździłam nim potem mimo wszystko. Potem pojechałam na wakacje. Wróciłam i sprzedałam moto. Głównie dlatego, że w razie wypadku nikt mi w Ghanie nie pomoże. Na lokalną pomoc medyczną nie ma co liczyć... a kierowcy zupełnie nie dbają o motocyklistów. Nie patrzą w lusterka. Podjeżdżają za blisko. Nie liczą się z nimi, bo w Ghanie na ulicach jest dżungla, i tylko większy i silniejszy ma szansę przeżyć. Kiedyś wracałam do domu, było ciemno i padał deszcz, samochody po obu stronach stały, prawie się nie ruszając. Ja z powodu deszczu i ciemności też jechałam bardzo wolno, ale środkiem. Tak tu się jeździ, bokiem jest jeszcze bardziej niebezpiecznie... Nagle mijana furgonetka zaczęła skręcać w moja stronę, przyciskając się do mojego uda. Byłam tuż obok, pół metra za kabina kierowcy, a ona nie popatrzył w lusterko. Zaczęłam ręką tłuc w jego szybę, żeby przestał. Nie wzruszył się, jeszcze mnie zwymyślał. Nie aż tak, jak ja jemu potem...
Także motocykl owszem, z przyjemnością, ale nie w Ghanie. Szkoda życia, szkoda zdrowia. Bałabym się, gdybym potrzebowała naprawdę poważnej pomocy medycznej tutaj. Dlatego też któregoś dnia przeżyłam chwile niesłychanej grozy, kiedy nagle zaczęło mnie boleć po prawej, dolnej stronie brzucha. "Geeeez, tylko nie wyrostek!!!" pomyślałam... byłam gotowa wziąć pierwszy lot do Polski, ale nie dać się pociąć na miejscu. Na szczęście była to tylko kolka nerkowa... :D

2 comments:

ludolfina said...

Zgroza. Wciąż widzę ten żwir pod skórą, brrr!

Agnieszka Kargol said...

Ja też. Codziennie go widzę, patrząc na lewą stopę. ;)