March 17, 2015

Belize. Kraj pozytywnych wibracji.

Po szybkim przekroczeniu granicy z Meksykiem i kolejnych 3 godzinach w mega zimnym autobusie ADO dotrałam do Belize City. Skoroświt. Pierwsze wrażenie: jestem w Ghanie! Drugie: biedniejszej Ghanie... To niesamowite, jak różne są tak zwane miatsa kolonialne w różnych byłych koloniach... hiszpańskie budowle sa tak inne, tak łatwo rozpoznawalne w stylu, brytyjskie tak samo... nawet holenderskie mają coś w stylu charakterystycznego wzorca, w końcu w Dżakarcie czułam sie miejscami jak w Amsterdamie. Dlatego właśnie Belize tak „trąci” Ghaną. No i oczywiście mieszkańcy Belize są czarni w ogromnej większości. I uśmiechnięci, i bardzo mili. Każdy mnie uprzejmie pozdrawiał. :)
A ja sama nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić... czy zostać w Belize City, czy płynąć na Caye Caulker, czy co. Cały plan opracowany podczas przymusowej kuracji w Playa del Carmen właśnie sie rozpłynął, bo okazało się, że sama nie wiem, czego chcę. Na pewno nie chciałam zostać w Belize City, które okazało się małym miasteczkiem złożonym z drewnianych, rozpadających się ruder. We wspomnianym już wyżej brytyjskim stylu kolonialnym. Byłyby całkiem ładne, jakby sie nie rozpadały... bieda tu wszędzie straszna. W końcu wsiadłam do autobusu, który miał mnie zlostawić na skrzyżowaniu z droga do Hopkins, czyli wioski, gdzie garifuńska kultura kwitnie, kreolska też, karaibskie plaże, cisza i spokój.
I tak właśnie było. Karaibska wioska, drewniane domy na palach, mieszkańcy snują się powoli, powiewając dredami... 
 Rybacy łowią ryby, stare łódki malowniczo zaśmiecają plażę.
 Taką normalną, klasyczną, karaibska plażę, z lazurową wodą, złotym piaskiem i palmami... :)
Wieczorem wszystkie 3 bary wypełniają się lokalsami i turystami, a zapach marihuany unosi sie w powietrzu... pije sie też piwo:
Mają tego w tym malutkim kraiku z 5 rodzajów, wszystkie cienkie, zaledwie ciut lepsze od Corony... ale jest też rum, oczywiście, który w mini plastikowych buteleczkach świetnie się komponuje z półlitrową coca-colą.
Nzajutrz pożegnałam się z Hopkins i udałam się do Placencii. Miłe miejsce, ale już więcej turystów, głównie z USA, niż lokalsów. I drogo. Za to mnóstwo very fancy restauracji z absolutnie przepysznym jedzeniem. Dużo lepszym od lokalnego, chociaż to też ma swoje dobre momenty. Na przykład kurczak poniżej był absolutnym mistrzostwem świata, rozpływał sie w ustach, a sos był jednym z najlepszych, jakie jadłam w życiu. Nie, nie wiem co to było. Ale postaram się dorwać przepis... :)
To obok kurczaka, to oczywiście nie jest kupa, tylko fasola. Ona zawsze tak wygląda. I mimo to jest pyszna i nie daje efektów fasolowych. ;D A to poniżej to są fried jacks. Takie ciasto, usmażone. dodają do każdego posiłku, coś jak tortille w Meksyku, A ponieważ jak coś jest ciastem/chlebem i jest smażone/pieczone, to ja to oczywiście z zasady uwielbiam.
Placencia jest tak naprawdę kolejna wioską, tylko że plaże są jeszcze ładniejsze niż w Hopkins, a całość bardziej zadbana. Pomiędzy domkami, restauracyjkami i hotelikami są ścieżki dla pieszych. Każdy lokals uprzejmie pozdrawia każdego turystę, a ze mną, kuternoga o lasce, wdaje sie jeszcze w uprzejmą i wspólczującą pogawędkę. te ścieżki dużo lepiej wyglądają nocą. 
Tak się tam dobrze wypoczywało, że aż 2 dni zostałam. Mimo szalonych cen. Pływałam w morzu. Znalazłam fizjoterapeutę. A własciwie to on mnie, bo zobaczył mnie z ta laską i zaoferował swoje usługi. Po dwóch sesjach zaczęłam chodzić normalnie i bez laski. A co najważniejsze: bez bólu!
W okolicy spotkałam też różnych innych interesujących ludzi, z różnych stron świata. Kanadyjczycy, którzy chcieli kupić hotel, a w końcu kupili restaurację... przemiła rodzina, nie mająca pojęcia o biznesie, ale starająca sie z całych sił... Kanadyjska pisarka i uzdrowicielka duszy - bardzo mil;o spędzałyśmy czas na rozmowach o życiu... ale przede wszystkim była tam Toothless! :)
Rozkoszna półroczna pitusia, wyglądała zupełnie jak Gutek, a na dodatek nazwali ją TOOTHLESS!!! :D Para, emerytowany amerykański żołnież i jego kanadyjska dziewczyna. Nie, nie muszą już w życiu pracować, jego wojskowa emerytura wystarcza na życie w Belize...
Z Placencii można jechać lądem lub wodą. Woda pokazuje kolejne oblicze prawdziwych Karaibów. Woda, mangrowce, domy na palach. Przy każdym domu łódka, znacznie lepszy środek transportu niż samochód.
Ale są też oczywiście autobusy - stare, zdezelowane szkolne autobusy z USA, które w Gwatemali nazywa sie chicken busami. W Belize miałam z nimi mój pierwszy kontakt. Jakże spokojny w porównaniu z kolejnymi...
Ponieważ spieszyłam się na moja łódkę, a beliskie ceny nie sprzyjały długiemu pobytowi (ponad 300$ w 3 dni...), to już 24-go stycznia opuściłam ten niezwykle przyjazny kraj, wsiadając na łódź w Punta Gorda, zwanej pieszczotliwie PG (PI DŻI), która zabrała mnie do Livingston w Gwatemali. 
Jak zapewnie sie zorientowaliście, dużo uwagi poświęcam kosztom. Otóż są ku temu 2 powody: po pierwsze, jest to pewna informacja dla osób, które zechciałyby sie wybrać w podobną podróż i zaplanować budżet. Po drugie, mam zamiar być w drodze 4 miesiące, a mój budżet ma swoje granice... ;) Często też słyszę komentarze, jak to ja mam dobrze, że mogę, i że podróże takie drogie. Otóż wcale nie jest tak źle, kwestia tylko dobrej organizacji. Czego nie udało mi się osiągnąć w Belize. ;)

2 comments:

Ewa Zagawa said...

Ale postaram się dorwać przepis... :) wiesz, że ja się będę upominać? Jestem właśnie na etapie kuchni karaibskiej, przepis na sos do kurczaka jest mi potrzebny!! :)

Agnieszka Kargol said...

Dobra! Upominaj się, a ja poszukam. :)