Showing posts with label travel. Show all posts
Showing posts with label travel. Show all posts

December 07, 2013

Ekwador część II. (czerwiec 2012)

Noooo... trochę mi to zajęło, zanim zabrałam się za drugą część wyprawy. Ale okazało się, że czasu jak zwykle mało, a roboty dużo, i zaległości jeszcze więcej. Ale już! Jestem, i piszę.

Poprzednią notkę zakończyłam na Cuence. Piękne kolonialne miasteczko, urocza architektura, góry wokół, ale temperatura całkiem w porządku, nawet w nocy. Zwłaszcza po tym, jak kupiłam sobie sweter z wełny alpaki. Ale dość już tych gór, czas ruszać nad Pacyfik, do wielorybów!

Oczywiście autobusem, oczywiście przez ponad 4-tysięczne przełęcze z widokami zapierającymi dech w piersiach. Najpierw długo wjeżdżaliśmy na górę, żeby przeciąć pasmo Andów, a potem jeszcze dłużej zjeżdżaliśmy na dół, żeby osiągnąć poziom morza. Wjeżdżaliśmy zaledwie 1600-1700 metrów, a zjeżdżaliśmy 4200! :)
Widoki dało się oglądać do wysokości 2000 m, potem zaczął się las chmurowy, i mgła przesłoniła wszystko, czasem tylko widać było, że po jednej stronie jest skalna ściana, a po drugiej białe nic.
Po lesie chmurowym zaczął się las deszczowy i tym samym, od trawy i porostów na przełęczy, przejechaliśmy przez wszystkie piętra roślinne globu w ciągu podróży trwającej niecałe 4 godziny (od przełęczy w dół). Pośrednim celem podróży było Guayaquil, największe miasto w kraju, gdzie nie zamierzałam się zatrzymać, a jedynie przesiąść do autobusu do Montanity, mekki surferów. I okazało się to być bardzo słuszną decyzją, bo to co widziałam na dworcu autobusowym, połączonym z centrum handlowym, oraz mijając po drodze nie zachęcało do odwiedzin. Spotkani na dworcu ludzie również nie zachęcali do poznania ich miasta, byli jakby mniej Ekwadorczykami... mniej miłymi i pomocnymi ludźmi. W owym centrum handlowym był food court, pomyślałam, że może zjem coś, co nie będzie ryżem w końcu, niech to nawet będzie KFC, czy McDonald! Niestety, wszystkie zestawy zamiast frytek zawierały ryż i fasolę... ;)
W kocu wsiadłam do autobusu i już po godzinie zobaczyłam wybrzeże oceanu. Nagle zamiast gór i dżungli pojawiły się kaktusy, takie meksykańskie, oraz trawy i coś jakby step, czy sawanna. Po drodze minęliśmy kilka rozpadających się miasteczek... by dotrzeć do miejscowości jedynej w sowim rodzaju, gdzie impreza trwa 24/7, hotel stoi na hotelu, a angielski słyszy się częściej niż hiszpański. Montanita. 
Szybko znalazłam hostel przy plaży, zrzuciłam graty i pobiegłam przywitać się z Pacyfikiem. Pierwszy raz się spotkaliśmy. Było mi bardzo, bardzo miło. Aczkolwiek spodziewałam się większych fal... ;)
Potem przekąska na ulicy, poznawanie ludzi, piwo, piwo, piwo... W Montanicie chyba tylko knajp jest więcej niż hosteli. Czasem są to po prostu stragany na ulicy, gdzie można wypić szota na stojąco. Chociaż niektóre mają stoliki. :)
Z nowo poznanymi towarzyszami poszliśmy na imprezę do klubu, gdzie grała kapela na żywo. Muzykę rockową. Dawali czadu!!!
Po koncercie kontynuowaliśmy imprezę, a z Angielką i Holendrem umówiliśmy się, że następnego dnia pojedziemy do Puerto Lopez, ponieważ tam miało być mniej naciągaczy i więcej opcji, żeby zobaczyć wieloryby i popłynąć na Isla de la Plata. Tak też zrobiliśmy, aczkolwiek byliśmy trochę MARTFI. Znaleźliśmy hostel, zarezerwowaliśmy łódź, zwiedziliśmy miasteczko. Małe, rybackie miasteczko, z paroma hostelikami i knajpkami. Ale za to cisza i spokój.
Następnego dnia stawiliśmy się o umówionej porze w biurze i bardzo, ale to bardzo byłam podekscytowana. WIELORYBY!!! Zawsze chciałam je zobaczyć i w końcu miało się udać... mimo, że to dopiero początek sezonu, to już się podobno pojawiły. Poza tym w planie miała być Isla de la Plata, czyli enklawa dzikiego ptactwa. Nazwa też od ptasiego guana, a nie od piratów, którzy ukryli tu górę srebra... Rzeczywiście, były. WIELORYBY TAM BYŁY! 5 wielorybów, w dwóch grupach. Jedna płynęła z jednej strony łodzi, druga z drugiej. Nie jestem w stanie opisać wrażenia, jakie zrobiły na mnie te wielkie zwierzęta. Humbaki mają do 14 metrów długości, co oznacza, że każdy dorosły osobnik był 2 razy dłuższy niż nasza łódź. A były momenty, kiedy były zaledwie parę metrów od nas! To robi wrażenie... Wydech, wtedy widać fontannę z nosa... wynurzenie pyska, wdech... zanurzenie, wtedy widać cały tułów i czasem nawet płetwę ogonową. NIESAMOWITE!!! Majestatyczne, wielkie stwory. PIĘKNE!
 A tu ciut bliżej:
Dopłynęliśmy na Wyspę Srebra. Odbyliśmy miły spacer po wyspie, którego najfajniejszym momentem były blue footed boobies, czyli głuptaki niebieskonogie, ptaki tak śmieszne, że nie mogłam wyjść z podziwu. Takie trochę większe kaczki z niebieskimi stopami. Do tego właśnie miały okres godowy, więc panowie zalecali się do pań wydając śmieszne odgłosy. Robili to na środku ścieżek, więc, żeby im nie przeszkadzać, omijaliśmy zakochane pary brnąc w krzakach. Byliśmy czasem w odległości nawet pół metra od nich!
W planie wycieczki było również snorklowanie w morzu. Popłynęliśmy do zacisznej zatoczki, mijając po drodze gigantyczne żółwie, które bardzo chętnie jadły arbuzy... Woda w zacisznej zatoczce może nie falowała, ale była czarna, tak czarna, że miałam opór, żeby do niej wejść. Pokonałam go jednak, widoczność była całkiem dobra, temperatura ok. 26 stopni (zimny prąd kończy się w Peru, kontynent skręca na wschód, a prąd dalej płynie prosto na północ), można było nawet zobaczyć sporo ryb. A kolor brał się z czarnych głazów na dnie i zachmurzonego nieba...
Zmęczeni wycieczką zjedliśmy pyszny obiad, a ja pożegnałam towarzystwo i udałam się na nocny autobus do Quito. Czas wracać w góry!
W Quito nie zabawiłam długo, przesiadłam się tylko do autobusu do Latacungi, miasteczka z którego organizuje się wyprawy na wulkan Cotopaxi. Nie planowałam takich ekstremów, toż to ponad 5 tyś metrów! Ale chciałam zobaczyć okoliczne wioski i poczuć trochę góry z bliska, nie tylko przez okno autobusu. Nie pomyślałam jednak o jednym... nie idzie się na górskie spacery na wysokości 3500-4000 metrów od razu, jeśli właśnie przyjechało się z poziomu morza! No ale po kolei. W Lacatundze znalazłam hostel, i zaplanowałam wyprawę na następny dzień. Miała to być wycieczka po tzw. Quilotoa Loop. Małe, górskie wioseczki, gdzie mieszkają rdzenni Indianie w kapeluszach i ponczach. No i rzeczywiście pojechałam, po drodze poznając parę turystów. W jednej z wiosek był akurat festyn. Rynek z produktami spożywczymi, procesja i korrida. A potem Quilotoa, czyli jezioro w kraterze wygasłego wulkanu. Piękne widoki! Miły spacer w dół krateru. Na dole okazało się, że jestem atrakcja turystyczną większą, niż samo jezioro. Widocznie błękit moich oczu był głębszy, niż toni jeziora... :D
Problemy zaczęły się w drodze powrotnej. Otóż okazało się, że mój organizm przy wchodzeniu nie jest w stanie oddychać tak rozrzedzonym powietrzem. A było to na wysokości ok. 4000 m n. p. m... Co 5 metrów się musiałam zatrzymywać, żeby złapać oddech... którego nie mogłam złapać! Myślałam, że się uduszę! Serce waliło jak oszalałe, próbując dostarczyć tlen do komórek... Okropne uczucie. Drogie dzieci, nie próbujcie tego sami. Aklimatyzujcie się najpierw przez 1-3 dni... I wtedy nie powinno być problemu.

Otavalo

Kolejnym punktem programu, już ostatnim, było Otavalo. Małe miasteczko, w górach ciut niższych, w związku z tym z łagodniejszym klimatem. Otavalo słynie z targu, na którym można dostać wszystkie produkty regionu. Nie tylko tego regionu w Ekwadorze, ale też z całych północno-zachodnich Andów. Hamaki, swetry, poncza. Wszelkie rękodzieło, ale głównie produkty z wełny lam i alpak. Ależ tam było kolorowo! Wszystko bym kupowała, dosłownie. Piękne rzeczy. Dobrej jakości. I tanie. Rozważałam nawet wysłanie paczki do domu... :)

Z Otavalo droga wiodła do Kolumbii, o której w kolejnej notce. :)

November 18, 2013

Liberia strikes back.

Tak się złożyło, że zostałam zesłana do Liberii na 5 tygodni. Służbowo. Właściwie mnie to cieszy: od 3 lat jeżdżę tu i oglądam tylko lotnisko. I nic praktycznie nie wiem o tym kraju, o ludziach, o kulturze, jak żyją, jak spędzają czas wolny, co lubią, a czego nie. Tym razem będę w końcu mogła Liberii doświadczyć. No i oczywiście postaram się wrażenia i doświadczenia zapisywać. Niestety mój aparat ostatnio umarł zupełnie na śmierć, więc focić mogę tylko telefonem. Ale robię, co mogę!
W Liberii wojna domowa, bardzo krwawa i okrutna zakończyła się w 2003 roku. Kraj ciągle jest zdewastowany, brak infrastruktury w każdej praktycznie dziedzinie. Ludzie, ci, którzy nie zdołali uciec, są również "zdewastowani". Brakuje im podstawowej edukacji. Ich mentalność kształtowała wojna. Pojęcie moralności i etyki jest zupełnie inne, niż u mnie. Byle co, z byle powodu, może doprowadzić do agresji.  Np. bardzo często zdarzają się tu wypadki motocyklowe, w których motocyklista potrącony zostaje przez samochód. Motocykliści jeżdżą slalomem, bez kasków i ochraniaczy. Nie patrzą w lusterka. Stanowią zagrożenie na drodze, bo nikt nie wymaga od nich, ani też w żaden sposób nie sprawdza jakichkolwiek umiejętności. W nocy nie włączają świateł. W tych okolicznościach o tragedię nie jest trudno. Jednak gdy do niej dojdzie, to kierowca i pasażerowie samochodu natychmiast są atakowani przez okoliczną ludność. Rzucane są kamienie, koktajle Mołotowa. Niejeden samochód został w ten sposób spalony, zwykle policja i wojsko musi interweniować i używać broni palnej, żeby rozgonić atakujących. Tuż przed moim przyjazdem spalono autobus. W momencie podpalania 72 osoby były na pokładzie. Na szczęście nikt nie zginął, ale motocykliści dostali zakaz poruszania się po głównych ulicach miast...
W takim kraju przyszło mi mieszkać. W luksusowym hotelu na plaży. Gdzie nie widać biedy. Ani  innych problemów Liberii. Jednak nawet tu różnice między Liberią a Ghaną są widoczne. Np. na realizację zamówienia w hotelowej restauracji czeka się godzinę lub więcej. Jedzenie jest jadalne, i to tyle można o nim powiedzieć. W pokoju mam karaluszki. Malutkie takie.
Ale ocean jest piękny! ;)
Tak wygląda moje miejsce pracy. Na lotnisku pełno jest jeszcze sprzętu ONZ-etowego. Rozpadające się baraki. Na wpół zburzone budynki. Terminale z dykty, zrobione na szybko, tymczasowo. Mało miejsca.
Tak Liberia wygląda z lotu ptaka. Piękne wybrzeże, plaże ze złotym piaskiem ciągnące się kilometrami... Lasy deszczowe wszędzie, bardzo zielone, z małymi wioskami na wypalonych polankach. 40% deszczowych lasów Afryki Zachodniej znajduje się właśnie w Liberii. 
 No i mój hotel, hotelowa plaża... luksus, na który większość ludności nie może sobie pozwolić.
Piękna plaża przy hotelu. Ale lepiej nie wychodzić poza budki strażników, bo można zostać obrabowanym...
No i ocean. W którym nie można pływać, prądy są tak silne, że wielu ludzi się już utopiło... A fale są tak wielkie, że zwalają z nóg! Jest tu jednak paru amatorów surfingu, których cieszy ta sytuacja. ;)
Ponieważ nie wyszłam jeszcze tak naprawdę za bramy hotelu, to nie bardzo mogę napisać nic więcej. Dzisiaj wieczór w mieście. Nie mogę się doczekać!

November 14, 2012

Na równiku!

Jak przebiega proces decyzyjny w celu wyboru miejsca spędzenia wakacji.
Po pierwsze: nigdy nie wiem kiedy i jak długo będę mieć wakacje zawczasu. To trochę utrudnia planowanie, zakup biletów, itp, itd.
Po drugie: jest tyle miejsc na świecie! I ja ich wszystkich normalnie NIE ZDĄŻĘ!!!
W końcu, jakieś 2 miesiące przed rozpoczęciem wakacji okazało się, że zaczynam w czerwcu i mam 3 miesiące. WOW!!! 3 miesiące!!! Mogę wszystko! Postanowiłam poszukać wolontariatu z nauką języka hiszpańskiego gdzieś w Ameryce Południowej. Moi współpracownicy to Latynosi, mój facet też, nigdy tam jeszcze nie byłam... gadają w kółko po hiszpańsku i nie rozumiem! Poza tym ciepło... OK, Ameryka Południowa. To teraz gdzie by tu... na południe od równika zima, więc zostaje sam równik. Parę fajnych wolontariatów można znaleźć w Ekwadorze. Super. Zaczęłam czytać. Pomyślałam, że skoro Ekwador, a obok jest Kolumbia, to przecież... właściwie... no w sumie czemu nie? A ci moi Latynosi tutaj to głównie Kolumbijczycy... No, dobra, to Kolumbia też. Po wolontariacie, taki krótki objazd Ekwadoru i Kolumbii. Świetnie. Im więcej czytałam, tym bardziej pomysł wydawał się być odpowiedni. Ba, świetny wręcz!
A potem okazało się, że mam tylko 2 miesiące... no i przecież nie "wytnę" z planu tych wszystkich miejsc, co to już o nich przeczytałam i zanotowałam, że "must see". Więc wycięłam wolontariat...

Planowanie i przygotowania.
No dobra, plan jest. Bilety są. Nie ma sprzętu. Ani plecaka, ani butów do trekingu, ciuchów na każdą pogodę. Bo tam niby równik, ale Andy! I dżungla! I ocean!
Na szczęście z Ghany do Ameryki Pd. leci się przez Nowy Jork. Tam się robi zakupy. A raczej ZAKUPY.
Plecak, śpiwór, buty, kurtka, spodnie, bluza, worek nieprzemakalny, skarpety... Wszystko, co tylko było mi potrzebne, a także mnóstwo tych rzeczy, które nie były... kupiłam w ciągu jednego pasjonującego dnia na Manhattanie. Do tego rozmówki Pawlikowskiej, przewodniki Lonely Panet zachowane w telefonie, parę drinków przed drogą z Małgo... I jazda!
Aaa, miało być o planowaniu. No WSZYSTKO zaplanowałam, dzień po dniu, gdzie, kiedy, jak. I co z tego,   skoro zaraz pierwszego dnia plany się zmieniły? :D

Ekwador.
Quito.
Do Quito dotarłam około południa. Świeciło słońce, dookoła widać było góry. Nie, żeby jakieś wielkie... ale byłam już 2850 m, więc ponad ta wysokość niewiele wystawało. Wyciągnęłam rozmówki i poszłam na przystanek takiego jakby tramwaju. Quito ciągnie się wzdłuż doliny, i ma 3 linie pociągów miejskich elektrycznych, takich właśnie trochę jak tramwaj. Przejażdżka owym kosztuje 25 centów. Amerykańskich centów, ponieważ oficjalną walutą Ekwadoru jest dolar amerykański. Banknoty są amerykańskie, monety ekwadorskie. Ale, ale, rozmówki wyciągnęłam zanim doszłam na przystanek, bo przecież musiałam ten przystanek znaleźć! Udało się, zapytałam staruszka napotkanego po drodze, zrozumiał i wytłumaczył mi, gdzie przystanek znaleźć. I ja też zrozumiałam! Dumna z siebie wsiadłam do okropnie zatłoczonego tramwaju. Po paru minutach jazdy zapytałam pana obok, gdzie powinnam wysiąść. Pan powiedział, że mi pokaże. Jechaliśmy ok. 15 minut, w tym czasie pan opowiedział mi w skrócie historię swojego życia i wypytywał o moją. Nie mogłam się odwdzięczyć tym samym, bo przecież nie mówię po hiszpańsku... a w rozmówkach nie było historii mojego życia...
Dotarłam do hostelu, zjadłam i padłam... miałam zamiar spędzić w Quito przynajmniej 2 dni, a potem pojechać w góry, tak, jak radzą przewodniki. Ale po południu wstałam, poszłam obejrzeć miasto i nie zostało mi już nic na następny dzień... Dokonałam dwóch obserwacji, jak się okazało faktów typowych dla całego kraju: darmowe wi-fi jest wszędzie, również na głównych placach miasta; w niedzielę WSZYSTKO jest zamknięte i nie sprzedają alkoholu. Wyjątkiem jest kilka knajp w Quito i Montanita, wiosce surferów na wybrzeżu.

San Rafael.
Następnego dnia udałam się na dworzec autobusowy, gdzie również było darmowe wi-fi i pojechałam w kierunku dżungli, pierwszym celem były największy wodospad w Ekwadorze, San Rafael, leżący u podnóża wulkanu Reventador. Najbardziej czynnego wulkanu w okolicy. Który ciągle się dymi i wybucha, mniej lub bardziej, ziemia ciągle drży, wulkan huczy i nie można się wyspać, jak opowiedzieli mi Niemcy pracujący dla Chińczyków, którzy budują tam tamę... a z którymi po dotarciu do miejscowego hotelu wypiłam więcej piw, niż powinnam...
Rano wybrałam się obejrzeć wodospad. Szłam, szłam, mżawka mżyła, wokół rozciągał się tzw. cloud forest, czyli takie coś, co rośnie wyżej niż dżungla, a niżej niż iglaki, czyli na wysokości od 1600 do 2800 m. Jest ciągle w chmurach, mży i mgli, ale jak się przejaśnia, to można zobaczyć wodospady z kilku specjalnie przygotowanych punktów widokowych. Ja niestety zobaczyłam to:
Tzn. tak naprawdę to zobaczyłam dużo białego, a zdjęcie powyżej zrobiłam z tarasu w hotelu, ale z powodu usilnego utracenia aparatu wraz ze zdjęciami, mam tylko parę fotek załadowanych z telefonu na fb, i to jest jedna z nich... Ale za to bardzo dokładnie ilustruje ideę lasu chmurowego (swoją drogą, ciekawa jestem, jak się to nazywa po polsku...). A z góry las chmurowy wygląda tak:

Po przechadzce w chmurowym lesie i niezobaczeniu wodospadu udałam się w dalszą drogę. Najpierw polegało to na złapaniu autobusu na drodze. Potem na dogadaniu się z kierowcą, gdzie ja chcę właściwie pojechać... I tak dotarłam do Teny, wrót do dżungli amazońskiej...
Ale zanim o dżungli, to najpierw o ekwadorskich autobusach. Są bajecznie kolorowe na zewnątrz i okropnie głośne wewnątrz. Puszczane jest lokalne radio, płyty kierowcy albo, na dłuższych trasach, filmy. Amerykańskie filmy klasy E z lat 80-tych z hiszpańskim dubbingiem. Co do muzyki - no jak to kierowcy autobusów, disco polo przecież. Disco polo w Ekwadorze wygląda tak: La Tigresa Del Oriente (aczkolwiek ta pani jest akurat z Peru).
Pan kierowca jeździ z drugim panem, który sprzedaje bilety i usadza pasażerów. Zaskoczyło mnie, po tych wszystkich historiach o Latynosach i ich podejściu do czasu, że autobusy zawsze wyjeżdżały o czasie i przyjeżdżały na czas. A czasem nawet wcześniej. Pan od biletów sprzedaje również wodę i kanapki. Jakby ktoś chciał jednak zjeść coś innego, to w każdym miasteczku po drodze wsiadają sprzedawcy różności. Ciepłe, zimne, słodkie, słone, chipsy z plantana, empanady (czyli pierogi z kukurydzianej mąki smażone w głębokim tłuszczu z mięsno-ziemniaczanym farszem albo z serem), placki, smażone i inne niewiadomocosie... Kawa, zimne napoje. W czasie długich podróży co ok. 2-3 godziny jest postój na siusiu i przekąskę.

Tena.
Widok z okna hostelu
Droga dochodzi do Teny z jednej strony. Z drugiej jest rzeka. Rio Napo. Wpada do Amazonki. AMAZONKI! Królowej rzek. To oznacza również, że ta dżungla, co się do niej wchodzi (albo wpływa łódką, bo tak bezpieczniej i łatwiej) w Tenie to się ciągnie aż do Atlantyku. I strasznie, okropnie mnie ten fakt podnieca. Bo to jedno z tych niewielu już miejsc na świcie, których jeszcze człowiekowi nie udało się zepsuć. Ale pewnie już niedługo... tak jak Borneo, o którym w dzieciństwie słyszałam, że ma białe plany na mapie, że "tam mieszkają smoki", i tak bardzo, bardzo chciałam tam pojechać... i jak w końcu się udało, to... widziałam kominy przy odkrywkowych kopalniach węgla i łyse wzgórza bez drzew...
Ale wróćmy do Teny. Miłe, przyjazne miasteczko, miły hostal organizujący wycieczki do dżungli. Oczywiście natychmiast się zapisałam - 2 dni w dżungli. Się jedzie do przystani, wsiada do łódki. 1,5h później wysiada się w indiańskiej wiosce. Hiszpańskojęzyczny przewodnik opowiada różności. Rozumiem całkiem sporo, właściwie nie potrzebuję tłumacza. Pokazuje, jak znaleźć jukę, czyli lokalny odpowiednik manioku, znacznie lepszy w smaku zresztą. Opowiada o roślinach i ich właściwościach. Które jadalne, które trujące. Jak użyć, żeby wyleczyć ból zęba, a co wziąć, żeby przeszedł kaszel. Wszystko tam jest. Naturalnie! Potem poczęstunek u Indianki. Pieczona w ognisku juka, jakieś drobne rybki, również upieczone w bananowym liściu... w międzyczasie pani obrabia larwy. Pokazuje je nam żywe, białe, wielkości kciuka, kłębią się w misce. Wyciąga z nich jakieś niejadalne kawałki, myje i wkłada do liścia, zawiązuje i wkłada do paleniska. Po kilkunastu minutach uczta gotowa. Nie, nie zjadłam larwy. Ale reszta była całkiem smaczna. :)
Potem idziemy do dżungli, tu lekcja o roślinach i zwierzętach trwa. Jest tu wszystko, co człowiekowi może być potrzebne do życia. I do szybkiej albo tez powolnej śmierci w męczarniach. Usłyszałam historię znaną z książek Cejrowskiego, o małych rybkach wpływających do jam ciała i wyjadających wewnątrz wszystko... żeby to przeżyć, trzeba końcówkę z jamą odciąć... Mimo to poszłam razem z innymi kapać się w rzece, mając nadzieję, że nie przedrą się przez kostium kąpielowy...
Potem był lunch, o tyle ciekawy, że był tam z nami mały mrówkojad, który bardzo lubił siedzieć na ramionach u gości i zjadać tam ananasy.
Następnie popłynęliśmy do AmaZOOnico - miejsca, gdzie przywraca się dżungli zwierzęta osierocone lub z nielegalnych hodowli/punktów sprzedaży, rzadkie gatunki, chronione, które ludzie łapią, żeby sprzedać bogatym gringos... W drodze do naszego miejsca zakwaterowania nasz przewodnik łapał ryby na kolację. Co wywołało u mnie konflikt mentalny, bo te ryby, wyciągnięte z rzeki, wrzucane były do łodzi i umierały powoli w męczarniach... próbowałam je nawet głuszyć, ale słabo mi szło, więc chciałam wytłumaczyć panu sternikowi, że może mógłby je zabić już teraz, bo cierpią, a on na to, że tak, żebym się nie martwiła, zabije je... jak tylko dopłyniemy, i patrzył na mnie dziwnie, że niby co, ma takie żywe nieupieczone jeść?
Dałam spokój, oczywiście, nie powinnam była nawet próbować, ale to był taki pierwszy szok po przyjeździe w dzikie strony...
Tak czy inaczej, ryby były na kolację. A po kolacji (z 8-osobowej grupy została nas na noc tylko trójka, ja i dwoje Chilijczyków, którzy mówili po angielsku!)... okazało się, że właściciel tego miejsca (czyli kuchni i 2 domków z 4 pokojami dla turystów) uratował z rzeki 2 malutkie kajmany, które jeszcze nie umiały jeść samodzielnie i trzeba je było karmić. Jak się karmi małe kajmany (takie długości 15 cm)? Otóż należy mieć surowego kurczaka pokrojonego na kawałki średnicy 0,5 cm i patyk do szaszłyków. Na koniec patyka nadziewa się kurczaka i wkłada do paszczy kajmana. Palcem nie radzę, cholery mają bardzo ostre zęby. Kajmanik atakuje patyk, czasem udaje mu się od razu połknąć kurczaka... ale przeważnie nie umie tego zrobić, i trzeba mu pomóc. Masować patykiem podgardle. Trącać i prowokować, żeby otworzył gębę bardziej i żeby mu głębiej kurczak wleciał. Uff, ciężka praca. I nawet nie można takiego gada pogłaskać...
W nocy lało. Spacer po dżungli dnia następnego dał nam możliwość poczucia się jak... w dżungli. Określenie "las deszczowy" nabrało głębokiego sensu. Poznaliśmy kolejne metody leczenia, żywienia się i polowania w dżungli. Przy pomocy lian i patyczków budowaliśmy pułapki na drobne zwierzątka. Na szczęście nic nie złapaliśmy... Wędrowaliśmy tak parę godzin, po to między innymi, żeby dojść do tego miejsca:
Po lunchowej przerwie robiliśmy czekoladę. Mieliśmy już zebrane owoce kakaowca i odpowiednio ususzone. Pozostało tylko wyprażyć je na patelni i wielokrotnie przemielić specjalną maszynką. Nastepnie dodać mleka w proszku i cukru, w zależności od potrzeb. Taka bez cukru i mleka jest naprawdę GORZKA. Potem jak już jest tak zupełnie wszystko zmielone, to da się stopić i uformować. I jak już czekolada jest gotowa, to można polać nią świeże banany. PYCHA!!!

Banos.
To takie małe miasteczko między dżunglą, górami i wulkanami, które, jak sama nazwa wskazuje, słynie z naturalnych gorących źródeł. Jednak można tu robić też inne rzeczy, jak na przykład przejechać się górskim rowerem ok. 18 km, żeby obejrzeć wodospady. No nie daruję, jakiś wodospad muszę zobaczyć!!!
I zobaczyłam, całe mnóstwo po drodze, mniejszych, większych, szerokich, wąskich... Pogoda była zła. Lało i wiało. Przemokłam. Potem się przejaśniło, ale dalej wiało. O tak:
Potem się ciut podsuszyłam w knajpie po drodze, jedząc przepysznego pstrąga. Okazało się przy okazji, że nawet jeśli wielokrotnie i wyraźnie powtórzę, że chcę z frytkami, to i tak dostanę obowiązkową porcję ryżu... Ale dało mi to siłę, żeby jeszcze się kawałek przejść i zobaczyć wodospad:
Lały się tam tony wody, więc znowu przemokłam. Ale warto było! :)
Potem uznałam, że powrót rowerem pod górę, to jednak zbyt wiele, więc złapałam autobus. Rower został zapakowany do bagażnika. Wszystko szybko i sprawnie, z uśmiechem na ustach.
Tak się złożyło, że akurat był weekend. W Banos jest dużo knajp, klubów, dyskotek, hosteli, hoteli i usług turystycznych wszelakich. Znalazłam więc miły bar z dobrym rockiem i prawie równie dobrym piwem (cóż, piwo nie jest najmocniejszym atutem Ekwadoru...). Zapoznałam turystów i miejscowych. Grupowo udaliśmy się tańczyć salsę, "aż" do drugiej w nocy, kiedy to policja wygoniła wszystkich do domów, gdyż po 2 w nocy imprez w Ekwadorze urządzać nie wolno. Dyspensa jest w Quito do 3 rano i w Montanita do świtu...
I tak sobie pomyślałam... ale jakto? Latynosi? Impreza? Salsa??! JAKTO??!! ...ano, tak to. I już.
Następnego dnia postanowiłam dla odmiany spędzić dzień aktywnie i zobaczyć o co chodzi z tym raftingiem.  Otóż chodzi głównie o FUN!
Czasem jest spokojnie i cicho...

Czasem rzeka wygląda jak morze...

Czasem jest DZIKA!!!

I mimo, że ponton ciężki, a ramiona bolą od wiosłowania, to uśmiechy na ustach potwierdzają, że rafting to jest FUN, FUN, FUN!!! :D
Banos jest fajne, z przyjemnością zostałabym dłużej, próbując innych ekstremalnych rozrywek, wspinaczki, kanioningu, canopyingu i całej masy różnych rzeczy, które człowiek wymyślił po to, żeby mu się w górach i rzekach i skałach nie nudziło. Ale czas w drogę, do Ambato, zobaczyć resztki kolei transandyjskiej.

Uwag kilka o podróżowaniu z plecakiem po Ekwadorze.
Po pierwsze i najważniejsze: Ekwador jest tani! Może nie aż tak, jak Daleki Wschód, ale jak na Amerykę Pd. to bardzo. Za bilet autobusowy płaci się średnio 1$ za godzinę jazdy. Kraj jest mały, większość odcinków do pokonania nie trwała dłużej niż 6 godzin. Trasy mierzy się na godziny, nie kilometry, ponieważ często biegną przez wysokie góry. Dwukrotnie przejeżdżałam przez przełęcze na wysokości powyżej 4000 m npm. Hostele, po hiszpańsku hostales kosztują 6-10$. Czasem za 7$ miałam jednoosobowy pokój z łazienką, czasem za 10$ dormitorium z łazienką w korytarzu. Zależy od miejsca, oczywiście. W mniejszych miastach z rozwiniętą infrastrukturą będzie taniej. 
Autobusami można dojechać wszędzie, oprócz wschodniej części kraju, gdzie przeważa transport rzeczny. Są komfortowe, jeśli pominąć kwestie muzyki (zawsze można wziąć ze sobą coś z własną muzyką, albo dać się przesiąknąć lokalnym klimatom na wskroś! ;)), szybkie i punktualne. Drogi są dobre. W całym kraju widać, że wiele się inwestuje w infrastrukturę i turystykę. W zeszłym roku rząd postanowił znieść opłaty za wstęp do parków narodowych, których jest tam mnóstwo. 
Nie mam pewności, czy dotyczy to również wysp Galapagos, ale one w ogóle są jak z innego kraju... 5 dniowa wycieczka tam kosztowałaby tyle, ile 3 tygodnie podróżowania po reszcie kraju... dlatego zrezygnowałam z odwiedzenia wysp, pojadę tam jako bogata emerytka! ;)
Jedzenie: drodzy wegetarianie, to jest Ameryka Pd, tu się je mięso! Oczywiście zawsze znajdzie się coś bez mięsa, weganie oczywiście będą mieli jeszcze trudniej. Ekwador był kiedyś największym eksporterem bananów na świecie, jest też mnóstwo innych owoców tropikalnych, przepyszny dżem z mory (jeżyna chyba?), kukurydza, platany, ryż i papas fritas, więc z głodu sie nie umrze. Banany... nie miałam pojęcia, że może być aż tyle gatunków bananów! PRZEPYSZNE!
Poza tym je się tu ryby z rzek górskich, świeżutkie smażone pstrągi i inne różnej wielkości, kurczaka albo wołowinę z rusztu, grilla, smażoną i pod każdą inną postacią. No i oczywiście jest jeszcze CUY, czyli świnka morska. Grillowana:
Jadłam. Obgryzłam całą łapkę. Jest to lokalny rarytas, cała kosztuje 12$, czyli okropnie dużo, normalnie 5-6 obiadów można by dostać w lokalnej jadłodajni zwanej comedor! W comedorach dostaje się zupę, drugie i kompot, a czasem nawet deser, za 2-3$. Wszystko jest oczywiście absolutnie typową lokalną kuchnią, rzadko można tam spotkać turystę. Jedzenie jest dobre i zdrowe. Nigdy się niczym nie zatrułam. A kuchnia? Cóż, jedną z pierwszych i podstawowych zasad podróżowania jest niezaglądanie lokalsom do kuchni. Po co tracić apetyt na resztę wyjazdu?
Podsumowując, jedzenie jest ok, nawet mimo ryżu w każdej potrawie (uwielbiam ryż! ...w Azji...): chipsy ziemniaczane świeżo smażone, sprzedawane w autobusie, ratowały mnie niejednokrotnie od śmierci głodowej, to samo z empanadami na ulicy i czymkolwiek innym, co dostępne było na przyulicznych straganach lub u obwoźnych (obnośnych) sprzedawców. Ale nie umierałam z zachwytu, ani nie zaskoczona zostałam nowymi smakami. Wręcz odczuwałam pewną monotonię i nudę w temacie kuchni.
Ludzie. Serdeczni, pomocni, uśmiechnięci. Zawsze ciekawi tego skąd jestem, gdzie jadę. Po paru dniach składania zdań odpowiadających na te same pytania byłam w stanie już sklecić po hiszpańsku historię mojego życia. I opowiadałam ją wszędzie, w zamian wysłuchując historii napotkanych ludzi. Najlepiej oczywiście rozmawia się w autobusie ze współpasażerami. Ale tak naprawdę, jeśli się jest otwartym na innych, to okazuje się, że każdy człowiek z przyjemnością zamieni z podróżnikiem kilka zdań. Opowie o swoim życiu. Co robi, gdzie mieszka, jak mu się żyje. Wystarczy tylko słuchać! :)

Ambato.
Dotarłam po zmroku, znalazłam hotel, zjadłam w comedorze... Wyglądało na to, że jestem jedyna turystką w okolicy. Dopiero następnego dnia okazało się, że jest nas więcej, wszyscy czekamy na sławny pociąg transandyjski, czy tez raczej drugi co do sławności, bo ten prawdziwy to w Peru. Słoneczny poranek w górach, w małym, uroczym miasteczku, gdzie akurat odbywał się cotygodniowy targ. Indianie z okolicznych wiosek przywozili wszelakie dobra na sprzedaż, produkty rolne, owoce, warzywa, zwierzęta żywe i martwe, poncza, kapelusze, spódnice z wełny lam i alpak. Kolorowo i naturalnie, byłam absolutnie zachwycona. W przeciwieństwie do kolejki, która okazała się być nowoczesna i nie dało się już jechać na dachu... Podsumowując: Ambato bardzo fajne w dzień targowy, ale kolejka zdecydowanie nie "must do".

Cuenca.
Absolutnie urocze miasto. Kolonialne, najwyżej 2 -piętrowe domki wzdłuż uliczek i alejek ponumerowanych - nie da się zabłądzić. Miłe kafejki i restauracyjki. Przepiękne kamienice nad brzegiem rzeki, kolorowe elewacje, ciekawe rozwiązania architektoniczne. Spacer, zwłaszcza nocą, jest bardzo przyjemny. Hostele w starych kamienicach, niezwykle klimatyczne. Warto, warto, warto. Zdecydowanie najfajniejsze miasto w Ekwadorze do odwiedzenia. Bo do planowania aktywności to polecam raczej Banos.
Z Cuenki pojechałam na wycieczkę do Ingapirca, czyli inkaskiego miasta, największego w Ekwadorze. Niesamowite opisy i opowieści sprawiły, że oczekiwałam raczej drugiego Machu Picchu... no i oczywiście moje oczekiwania się nie spełniły. Ale mimo to były to moje pierwsze prekolumbijskie ruiny w życiu, pomiędzy kamieniami pasły się lamy, a przewodnik wywodził się z lokalnego plemienia i opowiadał o obrzędach święta słońca i innych. Bardzo ciekawe. I kupiłam ponczo, sweter i czapkę-inkę...

Ciąg dalszy tutaj! :)

Liberia

Parę razy w tygodniu latam do Liberii, wspomagać kolegę. Nigdy nie opuściłam lotniska. Niemniej jednak mam parę obserwacji na temat lokalnej ludności. Niestety, do tej pory nie udało mi się znaleźć niczego, co mogłoby mnie skłonić do wyjechania i pracy tam na stałe...
Chociaż jest parę pozytywnych akcentów, np. nowe sposoby podróżowania z walizkami na kółkach:
Zresztą nowości są typowe dla Liberii, np. ONZ stosuje nowatorskie techniki ochrony swoich samolotów:
Tu widać bliżej:

Mimo tych paru zabawnych momentów praca w Liberii nie jest zabawna. Zupełnie nie.
Przede wszystkim trzeba uważać na każde słowo, bo jak się powie coś nie tak, użyje nieodpowiedniego słowa, to można zostać posądzonym o rasizm. Praktycznie lokalsi są w stanie obrazić się o każde wydane sobie polecenie, bo biały wydający polecenie jest przecież nawiązaniem do czasów niewolnictwa. Więc skoro to ja jestem ich przełożoną, to jak niby mam te polecenia wydawać? Otóż, właściwie to wcale nie muszę, bo one i tak nie zostaną wykonane. A już na pewno nie zostaną wykonane, gdy tylko przestanę kontrolować, czy je wykonują. Odwrócę się, spuszczę z oczu, i połowa procedury nie zrobiona. A jak ich na tym łapię, to... są obrażeni. Że nie mogę tak o nich mówić, bo przecież są wyszkolonymi profesjonalistami... itp, itd, błędne koło.
Do tego kradną i wyłudzają. Cokolwiek znajdą wartościowego, zamiast zgłosić, że może pasażer zgubił... idzie do kieszeni. Wyłudzają pieniądze od pasażerów. Bezczelnie i nachalnie. Nie proszą nawet, żądają. Wielu straciło już z tego powodu pracę, ale nie uczą się na cudzych błędach. 
Kłamią. Jak 5-letnie dzieci... Żenująco bezczelnie i bez polotu. Traktują białych jak półgłówków. A my... przymykamy oczy, cóż innego możemy zrobić? Musimy tam pracować, z tymi ludźmi. Pilnujemy, ile się da i liczymy na łut szczęścia...

Moto w Ghanie 2.

Przygód na moto miałam dużo więcej, niż bym chciała. Nie wszystkie były miłe i przyjemne, jedna skończyła się pękniętą rzepką i miesiącem o kulach. Moje kolano do tej pory wygląda inaczej niż kiedyś i tak mu zostanie. Ale... niektóre przygody były super, i mimo, że zrezygnowałam z jeżdżenia motocyklem w Ghanie, a w każdym razie w jej stolicy, to jednak podróżowanie na 2 kółkach mnie wciągło, i zrobię to jeszcze na pewno, w jakimś miejscu, gdzie motocyklista uznawany jest za użytkownika drogi, a kierowcy ciężarówek patrzą w lusterka...
Od początku więc, czyli jak się robi prawo jazdy w Ghanie:
Po pierwsze: trzeba znać kogoś, kto zna kogoś. Jak się tu pracuje, to zawsze się znajdzie ktoś, kto zna kogoś. Dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem 2010 spotkałam się z tym jednym kimś i pojechaliśmy do Centralnego Punktu Prawa Jazdy i Rejestracji Pojazdów w Akrze. Zrobiłam 2 zdjęcia, kserokopię paszportu z pieczątką poświadczającą status rezydenta i uiściłam opłatę. Część opłaty była oficjalna, a część mniej oficjalna... Za dwa tygodnie kazano mi się stawić w Punkcie. Dostałam do ręki plik papierów, kazano mi czekać pod jakimiś drzwiami. Czekając przeglądałam papiery... Łał! Egzamin teoretyczny zdałam na 100%! Potem weszłam do pokoju i zbadano mi wzrok oraz zrobiono zdjęcie. Pół godziny później dostałam wydruk wielkości A6 na oficjalnym papierze, który był tymczasowym prawem jazdy kategorii A. Plastikowe, to prawdziwe, miałam dostać za 3 miesiące. I po 3 miesiącach poszłam tam, i było gotowe!
Na moto zjeździłam prawie całe wybrzeże, pojechaliśmy też z Zakiem zobaczyć tamę w Akosombo i targ koralików w Agyomanii. Targ zwiedzaliśmy rzeczywiście na moto, co było nie lada wyczynem... przedzieranie się przez tłumy handlujących, pieszych i zmotoryzowanych w koszmarnym upale... bo oczywiście był to normalny wioskowy targ, nie tylko z koralikami, ale ze WSZYSTKIM. Jedzeniem, gospodarstwem domowym, żywymi zwierzętami... I masą stłoczonych ludzi, przemieszczających się we wszystkich kierunkach wąskimi alejkami między straganami... Zapytałam potem: "Zak, dlaczego tam wjechaliśmy?" "No właśnie, zupełnie bez sensu", odpowiedział...
Zjeździłam też Akrę wzdłuż i wszerz. To miasto... jest zupełnie zwariowane. A zwłaszcza ruch. I sposób jeżdżenia. Prawo dżungli, prawo większego, silniejszego tym samym. Jednym z największych wyzwań jest pokonanie ronda. Bo to najbezpieczniejsze, bezkolizyjne skrzyżowanie. Taaa, jasne. Nie w Ghanie. Jak już w końcu trafi się ten krótki moment, kiedy można się na rondo wśliznąć, to potem trzeba z niego ZJECHAĆ. Jak się zjeżdża z ronda, kiedy jest się tylko na motocyklu? Myślicie może, że pojazd zjeżdżający ma pierwszeństwo? HAHAHA! Bardzo zabawne. Przecież ci wszyscy WJEŻDŻAJĄCY muszą wjechać! MUSZĄ! A są WIĘKSI! I co im zrobię? Trzeba więc użyć nie lada refleksu, które początkujący motocyklista raczej jeszcze nie ma... No ale w Akrze początkującym motocyklistą jest się maksymalnie 2 tygodnie. Potem jest się albo weteranem, albo martwym motocyklistą...
Dodatkowym utrudnieniem jest fakt bycia OBRUNI. Ktokolwiek zawinił w każdym wypadku, to i tak zawsze biały jest winien. Dlaczego? Bo jak można białemu POKAZAĆ, to przecież trzeba, nie?
Ale nie wszystkie sytuacje są takie niemiłe. Właściwie w sumie nawet więcej było tych miłych. Bo źle jest być obruni w dowolnym pojeździe, ale bycie białą kobietą na takim WIELKIM (tu standard to 125 cc, więc moje 400 cc jawiło się lokalsom jako potwór) motocyklu to jest dopiero coś! Do dziś na lotnisku otacza mnie szacunek tych, którzy widzieli mnie niejednokrotnie przyjeżdżającą na moto, mimo, że od roku już tego nie robię... :)
Najlepiej jednak wspominam wycieczkę do Busua, ponad 300 km z Akry. Do Busua jechaliśmy z Zakiem na moim moto, on prowadził. Musiał jednak wrócić wcześniej, więc wracałam sama. To chyba najlepsze moje przeżycie z Ghany (pomijam te najbardziej osobiste, albowiem nie nadają się na bloga ;)): prawie pusta droga, łagodne wzgórza i zakręty. Czasem widać było ocean i uginające się nad falami palmy...
Za tym tęsknię, za jazdą w trasie. Jak sterczę w samochodzie w korkach, to też tęsknię. Potem się macam po kolanie, i już nie tęsknię... ;)

January 22, 2012

Waka Waka... (czyli uwag kilka o życiu w Ghanie)

... TIA, This Is Africa. Każdy expata powtarza to zdanie jakieś 100 razy dziennie. Kiedy wyłączą prąd, zabraknie wody... kiedy ktoś na umówione spotkanie przyjdzie 3 dni później... kiedy w restauracji poprosisz o potrawę nie zawierającą czegoś, czego nie lubisz, bądź jesteś uczulony, powtórzysz to 3-5 razy, a potem dostaniesz dokładnie na odwrót... kiedy musisz wykonać tysiąc pilnych telefonów, ale właśnie po raz kolejny padła Twoja sieć komórkowa... kiedy wychodzisz na zatłoczoną ulicę ze świadomością, że któryś z kierowców nie spojrzy w lusterko i Cię zabije. Albo, co gorsze, połamie Ci kości i trafisz tu do szpitala... i Cię zważą, zamiast opatrzyć rany... kiedy tłumaczysz swoim podwładnym codziennie przez miesiąc, jak należy wykonać dany punkt procedury, potem obserwujesz ich i okazuje się... tak, dokładnie, wcale go nie robią. Albo na odwrót. Kiedy zlecasz coś, tłumaczysz punkt po punkcie, pytasz, czy jasne, potwierdzają, potem nie robią, albo robią nie tak. Kiedy masz już naprawdę dość, nerwy Ci puszczają i podnosisz głos... i narzekają na Ciebie, że ich źle traktujesz. Że nie darzysz szacunkiem. Za co, kur...!!! Za to, że gdy tylko odwrócę głowę w drugą stronę ludzie natychmiast zapominają, jak mieli wykonać zadanie? Albo że mieli je wykonać??! "You are here to correct us" - usłyszałam. Ile razy mogę ich correct? Raz, no, dwa ostatecznie, jeśli zaistniałyby szczególne okoliczności. Ale jeśli koryguję ten sam błąd u tej samej osoby dorosłej, dostającej wynagrodzenie za wykonywaną pracę, która przeszła szkolenie, więc jest do owego zadania wykwalifikowana... piąty raz z rzędu? Mój pies się szybciej nauczył sikać poza domem w wieku 3 miesięcy...
A potem, w okolicy Bożego Narodzenia, każdy pyta: "what do you have for me for X-mas?"... GEEZZZ. Taki rasizm African style. Biały = skarbiec bez dna. Służy tylko do dawania pieniędzy. Za nic, najchętniej. Aaa, kobiety czasem służą do bzykania, albo do wyrwania się stąd. Bo w Europie/USA lepiej. Dlaczego? Bo czysto, zorganizowane wszystko takie. No doprawdy...
Na przykład: mamy rozstawione słupki z tasiemkami, które wyznaczają slalom do check pointu. Ale przez pierwsze 2 godziny nie ma pasażerów prawie wcale, więc tym nielicznym można by tasiemki usunąć, żeby z wielkimi wózkami pełnymi bagażu nie musieli bez sensu slalomować. Od pół roku, dzień w dzień to powtarzam. Tłumaczę. Mówię: "wyobraźcie sobie siebie z tym wózkiem ciężkim i wielkim i nieporęcznym. Nie męczcie tych pasażerów, jeśli nie ma potrzeby!". I co? Jajco. Jeśli nie powiem kolejny raz, to nikt sam z własnej inicjatywy nie zrobi nic. Inicjatywa. LOL.
Kolejny problem: przyznawanie się do błędu. Nie ma. Nie istnieje. W lokalnej kulturze nie można wykazać się niewiedzą, niekompetencją lub niezrozumieniem. W każdym razie nie z własnej winy. Zawsze: "but the issue is...". Najbardziej bzdurne, idiotyczne tłumaczenia, coś jak brak pracy domowej w podstawówce... Laska i koleś stoją przed wejściem do samolotu, mają zadanie sprawdzić, tj. przeszukać wchodzący staff. Manualnie, a w miejscach intymnych ręcznym wykrywaczem metalu. Koleś trzyma wykrywacz, laska przeszukuje żeński staff. O metr od kolesia. On jej nie poda, nie wpadnie na to. Ona go nie poprosi. Nie ma w ręku, to nie wykona procedury. -"Nie użyłaś wykrywacza metalu." -"yyy". -"Dlaczego?". -"nie mam" -"on ma, mogłaś wziąć od niego". - "yyy". -"następnym razem weź od kolegi" -"ok, dziękuję". Następny raz: patrz wyżej. I tak codziennie.
Muszę oddać sprawiedliwość: nie wszyscy są tacy. Jakaś połowa. No i jestem tu już półtora roku, jest znacznie, znacznie lepiej niż było, kiedy przyjechałam. Przez pierwsze pół roku byłam w szoku. Kulturowym. LOL. Teraz... teraz jestem zmęczona. 
Kolega muzułmanin, 46 lat, nie pije, nie pali, zdrowy, szczupły, po roku tutaj dostał wylewu, jest połowicznie sparaliżowany. Kiedy ja krzyczałam na moich ludzi, on dusił wszystko w sobie. I udusił. Widziałam go 2 dni temu, jak zabierano go do Europy do szpitala. Na wózku, jakieś 15 lat starszy, ciężko mu było mówić... ale powiedział: "keep the station up". Ja się pytam: "for what sake??!". Olewam. Nie będę się przejmować. Szkoda energii, czasu, wysiłku. Nerwów. Zdrowia. Czasem się tu tylko wywnętrzę...

July 24, 2011

Moto w Ghanie

No dobrze, to po polsku teraz. Muszę oczywiście napisać o moto. 
Po pierwsze: dlaczego? Noooo, bo korki są. Okropne korki w Akrze. Nie-do-przejechania. Do lokalnego centrum rozrywki, czyli dzielnicy Osu - 2 godziny. W taksówce bez klimy. Albo w tro-tro. Nie da się, nawet z moją odpornością na upały. OK, da się. Ale szkoda czasu. Kasy. I że niby co to za fun?
I jeszcze z miejsca gdzie mieszkam do głównej drogi z taksówkami i tro-tro idzie się 15-20 minut. Po drodze wszyscy mieszkańcy zamkniętego, strzeżonego osiedla z prezydenckim domem patrzą na Ciebie jak na idiotkę. Obruni (biała)? Na piechotę??!! [No dobra, akurat reakcja innych na to, co robię jakoś nigdy mnie przed niczym nie powstrzymywała... ale daleko jest. Na taksówkę/tro-tro trzeba czekać. Jedno wielkie OGRANICZENIE. ;)]
Po drugie: moto chciałam już dawno. Bo w Warszawie też korki. I że to fajne jest. Ale jakoś się nie złożyło. Prawo jazdy długo się robi. Sezon krótki taki. Zimno, mokro.
Kiedy przyjechałam do Ghany, zobaczyłam korki na ulicy Spintex, którą muszę codzienne dojeżdżać do pracy, pokonywać je przy każdym wyjeździe poza miasto,  sterczeć w nich umierając z głodu w drodze na obiad... albo spragniona jadąc do knajpy... zaświtał mi pomysł. Ale... prawo jazdy. Szybko okazało się, że da się załatwić. 2 tygodnie. Muszę tylko być w Ghanie legalnie. I tu zaczęły się schody. Wyrobienie stałego pobytu i pozwolenia na pracę trwało prawie 5 miesięcy. W międzyczasie przyjechał Zak. Zak jest motocyklistą. I dzięki temu, już na początku stycznia byłam posiadaczką ghanijskiego prawa jazdy kategorii A oraz Hondy Bros.
 Jest to absolutnie najpiękniejsze moto w Ghanie! Wszyscy mi zazdroszczą!!! ;)
Ślicznotka urodziła się na przełomie lat 80-90 w Japonii. Ktoś bardzo o nią dbał. Jak to się stało, że trafiła do Afryki? Pomińmy to milczeniem. Na wszelki wypadek. W każdym razie jest w Akrze ulica, po której obu stronach można kupić motocykl, skuter, rower... wszystko co ma 2 koła, a właściwie quada też można. Przeważnie są one używane, sprowadzane z Japonii, USA lub Włoch. Można trafić coś bardzo fajnego w niezłej cenie. Jak również części, kaski, itp., itd.
Za radą Zaka i w przypływie rozsądku myślałam o zakupie czegoś małego, np. YBR 125cc. Ale zobaczyłam swoją Hondę... i to była miłość. I skończył się rozsądek. Moim pierwszym moto została Honda Bros o nieznanej dacie produkcji, numerze VIN, który nie istnieje, pojemności silnika 400 cc i wadze 180 kg z pełnymi zbiornikami.
OK, to mam już prawko i moto. To teraz dobrze byłoby się nauczyć jeździć, nie? [O tym jak się robi prawo jazdy w Ghanie, oraz załatwia cokolwiek innego kiedyś napiszę więcej... ;)]
Zak, dzięki! Za moto, za lekcje, za przegadane godziny i wycieczki! :)
Pierwsze metry przejechałam na naszym cichym, spokojnym osiedlu. Ostatnie metry pierwszego dnia skończyły się wjechaniem w bramę i wywrotką. Pierwsza lekcja: to nie takie proste. Ta cholera jest ciężka. Oraz: ostrożnie. Zwłaszcza, że wtedy nie miałam jeszcze żadnych ochraniaczy, poza kaskiem...
Pierwsze 2 tygodnie spędziłam jeżdżąc po osiedlu i wokół, bocznymi drogami, bez ruchu. Ucząc się skręcania, zatrzymywania, ruszania, hamowania... Potem pierwszy wyjazd na moją ulubioną Spintex Rd.... Potem pierwsza wycieczka z Zakiem za miasto.
Pakowanie:
 Za miastem jest ciut ładniej, niż w mieście:
Zak:
 On the road...
 Spotkaliśmy też tubylców:
 Ale ogólnie to w życiu chodzi o to, żeby było fajnie... ;)
W lutym pojechałam na wakacje do Polski. Oprócz tego, że zamarzłam wielokrotnie, kupiłam sobie śliczne wdzianko:
I tak oto przygotowałam się do motocyklowych przygód. O których w kolejnych notkach...

April 07, 2011

Ghana, Elmina

Another town on the ocean's side, not far from Cape Coast. Has it's own slave castle, well preserved.
But what was the most interesting for me, was the fishermen's port. Hundreds of boats. Great views from the castle. Here are some samples:






Highly recommended :)

Ghana, Wli Waterfalls

Volta Region, 250 km north-east from Accra, in the montains. The highest waterfalls in the region. Very nice walk to the lower ones, and quite a climbing to the upper ones. Nice lodging, good food. The rest will tell the photos:






What can I say? I truly recommend! :)

Ghana, Butre

It's another fishermen village, west from Accra, after Takoradi. To get there you have to take "ford" to Takoradi, and then, most preferably, a taxi for a next 30 km long rough road through the jungle. This is what we did, but had and unpleasant surprise on the way - a flat tire, and it was already dark, the phone was hardly finding the network in the jungle... and many crossings on the way, roads leading to nowhere... :)
The reserve tire was even more flat... so we left the taxi and the driver, and decided to walk to the Hideout Lodging. And it was a hideout indeed... Some of us went panic a bit... but at the end we reached the place, and got the well deserved relax:
After delicious dinner and a couple of cold beers the moods became great... some of us even got up quite early and were able to see this:
 In those natural circumstances I couldn't really do much more than this:
 But went for a walk as well, and saw a river on my way:
 Met some other walking people:
 And the views were... sometimes it's better not to look for the right words even:
 Jungle:
 Butre:
So... what can you do in Butre? Ocean is not to rough to swim, walking around is really worth recommending. You can take a boat for a river trip, to see crocodiles and other animals. You can walk 3 km to Busua, another village with a few nice restaurants, lodgings and take a lesson of surfing or rent a jet-ski. From all the beaches I saw in Ghana the ones in Butre and Busua are the most friendly.