Showing posts with label wakacje. Show all posts
Showing posts with label wakacje. Show all posts

November 26, 2014

Jak przeżyć 5 tygodni na Majorce i nie umrzeć z nudów. (część III)

Długo to trwało, zanim zdołałam wrócić do dawno rozpoczętego wątku o Majorce. Niestety w międzyczasie umarł mi komputer, wróciłam do Ghany i służbowo działo sie bardzo wiele. Teraz mam już nowy komputer, który nie do końca działa, ale da się używać internet i pisać bloga, a to najważniejsze. Kolejną częścią pobytu na Majorce był tydzień sam na sam ze sobą, co było bardzo miłą odmianą. Nie dojechałam do Palmy, wysiadłam po drodze w S'Arenal, który jest turystycznym przedmieściem Palmy okupowanym głównie przez młodych, wiecznie pijanych Niemców i Holendrów. Dawało to taki efekt, że wszyscy lokalsi mówili do mnie z marszu po niemiecku, mimo że próbowałam zaczynać po hiszpańsku. Cóż, bycie blondynką najwyraźniej jednoznacznie mnie kwalifikuje po aryjskiej stronie...
Znalazłam miły hotelik, pokój jednoosobowy na 4-tym piętrze ze wspólną łazienką i CIEPŁĄ WODĄ!!! Po 3 tygodniach na łódce prysznic z ciepłą wodą był spełnieniem najskrytszych marzeń. Kupiłam świeże owoce i warzywa, zrobiłam sobie sałatke na kolację. DOSKO! Poszłam na spacer, 5 minut spacerkiem od hotelu zaczyna się promenada, która kończy się w marinie w Palmie - ok 17 km. Ale pierwszy spacer nie był aż tak długi, zaledwie 10 w sumie. Wzdłuż plaży po jednej stronie i knajp po drugiej. Całkiem miło, a litr piwa Amstel w sklepie zaledwie 1 EUR. :D
Spacery były moim głównym zajęciem w trakcie tego tygodnia, obspacerowałam całą zatokę, jak również Palmę i okoliczne góry. Raz nawet weszłam do morza i od tego nie umarłam! Widoki jak zwykle były piękne, jedzenie pyszne, a piwo zimne. Palma jest bardzo fajnym zabytkowym miastem, spacer po niej, zwłaszcza nocą, od knajpki do knajpki jest czystą przyjemnością. Poza tym te ślicznotki w marinach... ech, ledwo zeszłam z łódki, a już bym z powrotem wsiadała!

 Katedra w Palmie, nie zmieściła się w aparacie, taka jest wielka!
Od maja na wyspie, a zwłaszcza w jej stolicy, można znaleźć mnóstwo ciekawych wydarzeń, np. pokaz zabytkowych samochów amerykańskich. Piękne! Błyszczące! A w tle stary, dobry rock'n'roll!
 Klasyczny Ford Mustang w 15 odsłonach, od lat 60-tych, do współczesności.
 Od tej strony dałam radę zmieścić katedrę. :)
Pyszne, świeże owoce o każdej porze dnia! To soczyste i słodkie brzoskwinie paragwajskie, które, wyobraźcie sobie, nie znane są w Paragwaju...
 Oczywiście jest też plaża. 17 km plaży. :)
 Na plażę dobrze się chodzi z Amstelem, zwłaszcza wieczorem...
W dzień San Miguel też może być. :)
Raz nawet wyglądało, jakby chciało padać, ale skończyło się tylko na pogróżkach.
I słońce dopisywało od rana, do wieczora, by malowniczo zajść, jak to zwykle na Majorce.
Oprócz spacerów po plaży odbywałam też "hajkingi" po okolicznych wzgórzach, gdyż, jak wiadomo, widoki z góry sa jeszcze bardziej malownicze niż widoki z dołu.
 A najbardziej malownicze są też z najbardzierdziejszej góry! :)
 Skoro już o malowniczości mówię, to nie tylko katedra w Palmie prezentowała się pieknie w promieniach słońca, ale też całkiem nieźle dawały radę mury obronne w nocy w świetle latarni.
Nie mówiąc już o wąskich uliczkach starego miasta, które o tej porze roku były jeszcze prawie puste, a dzięki temu jakoś magicznie zabierały w przeszłość, bo wyglądały prawie tak, jak 500 lat temu...
Pewnie nie pojadę w najbliższym czasie na Majorkę, być może już nigdy... jednak spędziłam tam bardzo miłe 5 tygodni, odpoczęłam, co rzadko mi się w wakacje udaje, pozwiedzałam, zrobiłam nogami ze 200 km! Jadłam dobre rzeczy, widziałam piękne miejsca. Szkoda jedynie, że woda w morzu była dla mnie za zimna, bo możliwośc pływania w tych pięknych okolicznościach pozostawiłaby jeszcze więcej pozytywnych wspomnień. :)

July 16, 2014

Jak przeżyć 5 tygodni na Majorce i nie umrzeć z nudów. (część II)

Po tygodniu z Mamą w samochodzie przyszedł czas na wakacje pod żaglami. Odstawiłam Mamę na lotnisko i autobusem udałam się do Port de Pollenca, gdzie czekała na mnie Tetranora i kapitan Ulas. Tetranora zakotwiczona była w zatoce, trzeba było się do niej dostać przy pomocy małego pontoniku, zwanego dinghy, w którym ledwo zmieściliśmy się oboje razem z moim workiem żeglarskim... później, kiedy popłynęliśmy po zakupy, zmieścił się tylko kapitan:
 Tutaj zamieszkałam, w kabinie dziobowej:
 Po prawej i po lewej pozostałe 2 koje, oraz widok na kuchnię:
 Tu przygotowywałam posiłki. Zostałm naczelnym kucharzem na Tetranorze:
 Wystarczyło się odwrócić, i już była kuchenka!
 A kibelek schowany był za drzwiami:
 Pokład natomiast wyglądał tak:
Tetranora jest drewnianą łodzią z 1962 roku. Bardzo dzielna łódka, niestety kosztem komfortu. W 2 osoby było ok, ale gdy dołączył do nas Barry zrobiło się ciasno. To był mój pierwszy raz na morzu, wszystko było nowością. Te parę rejsów mazurskich w wieku lat kilkunastu w ogóle ma się nijak. Przede wszystkim stara już jestem, i wolałabym jednak mieć dostęp do prysznica, a nie tylko do toalety. Zwłaszcza, że woda w morzu była jeszcze okropnie zimna, ok. 20 stopni! Poza tym, mimo, że dinghy jest uroczy, to wolałabym jednak czasem zatrzymać się przy jakiejś kei, żeby po wieczorze w knajpie nie musieć się moczyć i wiosłować... bo silnik się popsuł. Zresztą nie tylko ten od dinghiego, ten łódkowy też się popsuł, więc po miłych dwóch pierwszych dniach żeglowania utknęliśmy na 9 dni w Port de Soller. Ale zanim się to wydarzyło, popłynęliśmy z Port de Pollenca na zachód, omijając cypel z najbardziej na północ wysuniętym punktem wyspy, a później na południe. Zatrzymaliśmy się w Cala de Sa Calobra, malutkiej miejscowości u wejścia do pięknego wąwozu Pareis. Nie było łatwo tam zakotwiczyć, trzeba było kotwicę rzucić z jednej strony, a z drugiej przywiązać się do skały. Inaczej mogłoby nami walnąć w ścianę wąskiego wąwozu. Było wąsko:
 Skały z każdej strony:
 W ujściu wąwozu plaża, a raczej plażka:
 No i oczywiście Tetranora:
 Poszliśmy na wycieczkę do wąwozu:
 Który, jak to na Majorce, był bardzo malowniczy:
 A dzikie kozice darły się wniebogłosy... i skakały po prawie pionowych ścianach skalnych. Jak one to robią mając 4 nogi???
Nie byliśmy jedynymi żeglarzami w zatoczce, obok nas przycumowali Rosjanie wypasionym jachtem. Cumę rufową przyczepili do naszej skały! :)
Następnego dnia kontynuowaliśmy żeglowanie. Po 2 godzinach byliśmy już w Port de Soller. Tylko po 2, bo nie było wiatru, więc płynęliśmy na silniku. Okropne nudy, śmierdzi benzyną i hałasuje. Buuueee. Niestety używanie silnika ujawniło przeciek, którego nie dało się naprawić własnym sumptem, trzeba było zamówić część, która mogła przyjść dopiero za parę dni, bo w międzyczasie był weekend oraz fiesta. Wspomniałam już o piratach z kraju Otomanów. Napadali oni przybrzeżne miasteczka i rabowali, co się dało, włączając kobiety. Blondynki u Turków zawsze były w cenie... Od kiedy mieszkańcy Soller wygrali bitwę z piratami w XVI w., są z tego okropnie dumni i odgrywają co roku bitwę, przebierając się w historyczne stroje, zarówno europejskie jak i północno-afrykańskie, strzelając z petard i historycznej broni palnej, armat i przeróżnych takich, chodzi o to, żeby było głośno i dużo dymu. Piraci mają twarze pomalowane sadzą, i dzielą się tą sadzą z turystami i przechodniami, tak że pod koniec imprezy wszyscy są już pomalowani... Cała impreza trwa od rana, przebierańcy chodzą po ulicach, strzelają i smarują sadzą. W punkcie kulminacyjnym odgrywana jest bitwa na plaży, w której biorą udział setki przebierańców. I ja też tam byłam, dużo piwa piłam, piraci zastrzelili mi czapkę i wysmarowali twarz na czarno:
Powyżej prawdziwy pirat z prawdziwą strzelbą!
Piraci atakują! Ratuj się kto może!!!
Walka trwa, nie wiadomo kto jest kto, w huku i dymie wystrzałów uprowadzono kobiety z Soller!
Ale zostały odbite, i pozostało już tylko wziąć udział w radosnym korowodzie, gdzie każdy miał twarz wymalowaną na czarno!
Oprócz kapel współczesnych, jak ta reggae powyżej, były tez tradycyjne:
W obchodach święta wzięli udział wszyscy, zarówno lokalni mieszkańcy, jak i turyści.
Wieczorem w Soller odbył się koncert lokalnych sław. W każdym razie na to wyglądało, bo wszyscy znali teksty piosenek. Koncert było popowo-rockowy, bardzo fajny. :)
Fiesta była miłym urozmaiceniem, ale co poza tym można robić przez 9 dni w Port de Soller? Zwłaszcza, kiedy woda zimna, i nijak się nie da pływać? No dobrze, byli tacy, co pływali, ale przecież ja mogłabym od tego umrzeć! Niemniej jednak spróbowałam, weszłam do wody 2 razy (z łódki, zanurzyłam się po szyję!), oba bardzo przykre... Co wieczór przypływał ktoś nowy, więc czasem się integrowaliśmy na cudzych łódkach, a czasem na Tetrze.
Ponadto okoliczne góry są świetnym miejscem do pieszych wędrówek, mnóstwo wokół szlaków turystycznych wiodących od wioski do wioski, i od zatoczki do zatoczki. Piękne widoki, urocze zakątki i trochę ruchu dla zdrowia i kondycji! :)
Strome urwiska i małe ukryte plaże to typowy krajobraz zachodniej części wyspy.
 Oczywiście kozice są WSZĘDZIE!
Widok na Port de Soller z góry. Gdzieś tam na środku zatoki jest Tetranora.
 W gaju oliwnym...
 Wśród wzgórz i wiosek...
...wielkich posiadłości i pięknych parków...
W końcu jednak wypłynęliśmy z Port de Soller, odwiedzając St Elms, wiatru za dużo nie było, płynęliśmy wolno, albo na silniku. 
Za to zachód słońca był niezwykle malowniczy, co wynagrodziło brak pary w żaglach.
Cisza i spokój, mało ludzi.
I Tetranora w oddali. :)
Z St Elms udaliśmy się do Santa Ponca i tam spędziliśmy kolejne 3 dni, włócząc się po okolicznych wzgórzach i czekając na wiatr. Który w końcu się pojawił i to jaki! Wiało tak, że za jednym zamachem zrobiliśmy całe południowe wybrzeże, aż to Portopetro. Z tego wiatru i kołysania tak mną rzuciło o burtę, że aż nadziałam się wargą na swój aparat ortodontyczny. I tak już zostało, nadziane. Musiałam wyrwać siłą. Taki bolec tam mam w tym aparacie. Jak wyrwałam, to rozerwałam, no i krew sikała. Schodząc któregoś dnia pod pokład walnęłam się w głowę, i też sikała. No, ale takie już uroki ciasnej łódki... :)
W Portopetro opuściłam łódkę, bo jak na moje potrzeby to za dużo w tym żeglowaniu było stania na kotwicy. Poza tym jednak lubię brać prysznic codziennie... Udałam się do Palmy na kolejną porcje przygód, o których w następnej części. :)

July 13, 2014

Mexico Mi Amor! (marzec 2014)

Znowu się muszę wytłumaczyć skąd mi się wzięło, że akurat Meksyk... a tym razem to wyjątkowo skomplikowane. Tak naprawdę to miała być Malezja, 3 miesiące nurkowania na wyspie Pam Pam... ale jak zwykle coś poszło nie tak. Zostały mi 3 miesiące i cały świat do dyspozycji. ;)
W którymś momencie mój mężczyzna wyraził zainteresowanie podróżowaniem ze mną. A że chłop w życiu nie backpackował, a hiszpański ma "native" i obojgu było nam blisko do Ameryki Centralnej i okolic, i trzeba było jednak coś lajtowego wymyślić, i żebym ja też miała wesoło, to padło na Meksyk. Bo akurat w marcu na Płw. Kalifornijskim jest sezon na wieloryby. I co się okazało? Że ani chłop nie doleciał, ani ja wieloryba nie zobaczyłam... ale został jednak Meksyk.
Jak zwykle z Ghany leciałam przez NYC, co w przypadku planów wakacyjnych w Meksyku jest super świetnym rozwiązaniem. Pod warunkiem, że nie jest to koniec lutego i nie ma się w planie całodziennego szwendania w celu zakupowym. Zmarzło mi totalnie wszystko. Odpadły pośladki. Bo o palcach nie ma nawet co wspominać. Wszystkie te czapki, szaliki, rękawiczki, legginsy, kurtki puchowe, kaptury i niewiadomocojeszcze słabo pomagają, jeśli przylatuje się z krainy wiecznego słońca ze średnioroczną temperaturą 28 stopni. Okazuje się, że co da się dość łatwo znieść (było 0 stopni i wiatr), jeśli się człowiek przyzwyczaja przez 6 miesięcy do stopniowo pogarszających się warunków atmosferycznych, jest absolutnie zabójcze dla osób niepełnosprawnych zimowo jak ja. No i przeziębiłam się, oczywiście. No i po raz kolejny plan wziął w łeb. Odrobinkę. Zresztą w ogóle był dość luźny, bo byłam ZMĘCZONA.

Isla Mujeres

Postanowiłam więc odpocząć przed wyruszeniem wgłąb kraju na Wyspie Kobiet. Isla Mujeres położona jest na przeciwko Cancun, do którego doleciałam z NYC, płynie się ok. 20 minut promem. I gdy tylko dotarłam na brzeg morza od razu zrobiło mi się lepiej! :)
Niebo co prawda zachmurzone, i w połowie drogi zaczęło lać jak z cebra, ale i tak czuć było TROPIKI! :D Brodząc po kostki w deszczu dotarłam cała mokra do hostelu, chyba nawet zjadłam jakieś tacos i padłam. Z gorączką. Aaaa, zanim padłam to poszłam jeszcze do sklepu żelaznego po kłódkę do szafki. Ponieważ w Ghanie nie miałam sprzętu podróżnego, za wyjątkiem 35 litrowego plecaka, to brak różnych przydatnych akcesoriów ujawniał się w najmniej odpowiednich momentach. Nazajutrz jakoś się zwlekłam, głównie na zakupy, i żeby się ciut rozejrzeć. I przywitał mnie Pan Iguana!
Tak naprawdę mogła to być też Pani Iguana... ale ponieważ dżęder, to nie pytałam... Powoli dochodziłam do siebie i odkrywałam najbliższą okolicę hostelu. I to było dobre.
 Potem się zmęczyłam, zaległam w hamaku, i widziałam już tylko to:
Tak jakoś z rozpędu, lenistwa, gorączki i przepicia okazało, że na wyspie spędziłam nie 2, a 4 dni. Wyspa jest niewielka, łatwo ją obejść, jeśli nie przeszkadzają powyższe czynniki. Ja objechałam ją skuterem, focąc po drodze różne malownicze kawałki, jak ten poniżej.
Tak się jakoś złożyło, że akurat był karnawał, więc w nocy trochę się na wyspie działo. Ale podobno poza karnawałem cały rok jest raczej spokojny, więc jeśli ktoś chce odpocząć na plażach o białym piasku i lazurowej wodzie, jadając w małych, miłych knajpkach, z lokalnym i nie tylko jedzeniem, wieczory spędzać w barach, gdzie wszyscy się znają po 3 dniach... to Isla Mujeres jest TYM miejscem.
Karnawał wyglądał tak:
W czasie karnawału zapoznałam dziewczynę z Polski, która była już na wyspie wielokrotnie i znała już wszystko i wszystkich. Zabrała mnie na knajping. Wchodziłyśmy do knajpy, zamawiałam piwo, potem okazywało się, że barman/ka to jest znajomy/a, więc trzeba było wypić z nimi szota tequili... następnego dnia, zamiast pojechać do Valladolid, bardzo cierpiałam...

Valladolid

Co się odwlecze, to nie uciecze, dlatego w końcu jednak dotarłam do Valladolid. Miasteczko położone mniej więcej na środku Jukatanu i jest bardzo dobrą bazą wypadową do okolicznych ruin Majów. Odradzano mi Chichen Itza, mimo, że jest to zabytek wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, ale podobno okrutnie zatłoczony i nie można wchodzić na piramidy. Pojechałam zatem do Ek'Balam. I było cudownie. Prawie nikogo, tylko dżungla, piramidy i ja.
Zdjęcia zrobione były z czubka najwyższej piramidy, która jest o kilka metrów wyższa, niż ta w Chichen Itza. Poza tym nie jest cała odsłonięta, tylko front. Resztę porasta las dokumentnie. Ponieważ teren jest płaski, to dawne miasta Majów można było łatwo odnaleźć - wystarczyło poszukać grupy pagórków.
 Poniżej widok na najwyższą piramidę:
Po 3 godzinach łażenia po ruinach i lesie, zaglądania do dziur i wdrapywania się na kamienie zasłużyłam na odpoczynek. W jukatańskiej dżungli nie ma lepszego sposobu, niż kąpiel w cenotach. Dziury w ziemi, jaskinie wypełnione głównie słodką, a czasem również słoną wodą. Woda krystalicznie czysta, przejrzysta i zimniejsza niż w morzu. Jak już pokona się pierwsze lodowate wrażenie zostaje już tylko sama, niczym nie zmącona przyjemność. :)
Ta była prawie okrągła, o wysokich, pionowych ścianach - aby się dostać do wody zbudowano drewniane schodki. Chociaż pewnie Majowie spuszczali się po lianach. Używali cenotów jako źródeł słodkiej wody, dlatego miasta budowali w ich pobliżu.
W Valladolid są jeszcze różne inne atrakcje, np. można wypożyczyć rower i pojechać na wycieczkę do innych cenotów, można pochodzić po miasteczku ciesząc oczy kolonialna architekturą, można zjeść tacos z cochinitą (wieprzowina w paprykowym sosie, pyszności!) oraz inne lokalne specjały, sprzedawane na ulicy.
Powyżej katedra z XVI w. A poniżej kolejny kościół w podobnym wieku.
Ponieważ ciągle trwał karnawał, a może ponieważ to Meksyk, a może z powodu tego, że konikowi za bardzo wiało w głowę... a może po prostu dlatego, że mu ładnie? Jaka by to nie była przyczyna, konik w kapelusz z Valladolid wygląda tak:
A najlepsze na świcie guacamole wygląda tak:
Co by Wam tam mistrzowie kuchni nie wciskali, guacamole robi się z awokado, cebuli i pomidora. Soli się, pieprzy i dodaje trochę soku z cytryny. Każda inna odmiana jest nędzną namiastką tudzież nieudaną podróbą. Warto też, żeby awokado było świeże i z Meksyku... :D A jeśli do tego można jeszcze dostać świeże totopasy... To niczego więcej do szczęścia nie trzeba! :) 
...No, tak. Piwo dodaje uroku, oczywiście. Meksykańskie piwo nie jest najlepszym piwem świata. Ogólnie znana Corona jest typowa, większość jest właśnie taka. Sikacze okropne. Należy zatem poprosić o piwo "fuerte". To na zdjęciu jest całkiem ok, odkryłam jeszcze 2 pijalne gatunki. Panowie kelnerzy patrzyli na mnie z podziwem, kiedy zamawiałam piwo "fuerte"... :D

Palenque

Palenque leży w północnej części Chiapas, jest małym miasteczkiem nieszczególnie ciekawym, za to w środku otaczającej je dżungli położone są najfajniejsze ruiny, jakie widziałam w Meksyku (nie widziałam ich znowu aż tak wiele, niestety). Zatrzymałam się w El Panchan, dawnej wioską archeologów, w której teraz znajduje się parę hostali (hostal - takie coś ciut lepsze niż hostel, a gorsze niż hotel ;)) i knajpek. Bardzo tanio, bardzo wilgotno, dżungla wokół, zwierzyna się drze całą noc, deszcz pada, rwące rzeki prawie wpływają do chatek... Super!!! :D
Ale po kolei. Na zdjęciu poniżej ulice Meridy. Właściwie tak wyglądają nocą uliczki każdego kolonialnego miasteczka. Tędy szłam z centrum na dworzec autobusowy.
Do Palenque dotarłam rano, udało mi się również odnaleźć El Panchan, poznając po drodze dziewczynę z Chile, z którą wspólnie wynajęłyśmy domek. Domek to były ściany do wysokości bioder, a potem siatka przeciwko owadom i pale podtrzymujące konstrukcję i dach z liści palmowych. W środku 2 łóżka i stoliczek. I elektryczność! :) Po krótkim odpoczynku pojechałyśmy na wycieczkę do okolicznych atrakcji. Malownicze, górskie krajobrazy, rzeki, wodospady i jaskinie. Pięknie!
Powyżej Cascadas de Mishol-Ha, a poniżej Agua Azul.
I woda naprawdę była bardzo niebieska, dzięki podłożu ze skał wapiennych, oraz bardzo przyjemnie chłodna i orzeźwiająca. :)
Następnego ranka poszłyśmy oglądać kompleks ruin. Z samego rana poranna mgła otaczała wyłaniające się z wilgotnego, tropikalnego lasu kamienie... niesamowite wrażenie, inny, zapomniany świat, do którego wchodzi się nagle... jak intruz. Było mi wstyd, że jestem z Europy, że to my, Europejczycy zniszczyliśmy ten świat bezpowrotnie... nawet jeśli ani ja, ani moi przodkowie bezpośrednio nie mieli w tym udziału.
Majestatyczne miasto ukryte w dżungli... odkryte tylko powierzchownie, tylko trochę, odkrywające zaledwie rąbek tajemnicy. Okoliczne wzgórza skrywają jeszcze więcej piramid, tylko parę kamieni wygląda z bujnej roślinności, tylko kształt wzgórza sugeruje, że pod drzewami kryje się budowla będąca symbolem minionej chwały człowieka, który wydarł przyrodzie ten skrawek ziemi, aby potem go stracić na rzecz silniejszych i bardziej brutalnych przybyszy zza wielkiej wody...
Czasami budowle były zaledwie kształtem wśród drzew, paroma kamieniami...
A teraz na pociesznie dodam, że to nie Europejczycy zniszczyli kulturę Majów. Aztekowie podbili ich, zanim Hiszpanie dotarli do dzisiejszego Meksyku. Część budowli, wierzeń i zwyczajów przejęli, część popadła w zapomnienie i ich jedynym śladem są zaginione w dżungli ruiny... Niemniej jednak, zwiedzając takie miejsca zawsze robi mi się przykro, że tak ciekawe i rozwinięte kultury popadają w zapomnienie, bo ktoś silniejszy postanawia ich twórców podbić...

San Cristobal de Las Casas

Kolejnym przystankiem w podróży po Chiapas był San Cristobal de Las Casas. Uwielbiam! Cudowne miasteczko. Jest tam ciut chłodniej, bo leży na wysokości 2100 m n.p.m. i wieczorem trzeba zakładać bluzę. Poza tym piękna kolonialna starówka, kolorowe domki i kościoły, wielki bazar z rękodziełem, mnóstwo knajpek, restauracji, ludzie grają muzykę na ulicy, hostale są zupełnie zakręcone, a uliczki urocze. Mieszkałam w jednym z takich zakręconych hostali, całym w kolorowych malunkach, z krzakiem marihuany w ogrodzie i stadem psów, zawsze chętnych do zabawy i pieszczot.
 Uliczki miasteczka wyglądają tak:
 Oraz główne zupełnie podobnie, tylko więcej knajpek, a ruch samochodów jest niedozwolony.
 W nocy lubiło sobie popadać, co również dodawało uliczkom uroku:
San Cristobal, oprócz swoich własnych walorów, słynie tez jako baza wypadowa do poznawania tradycji okolicznej ludności. W Chiapas żyje najwięcej rdzennych mieszkańców Meksyku, część z nich kultywuje prehiszpańskie tradycje, a część miesza je w ciekawy sposób z narzuconym im chrześcijaństwem. Tak jest np. w wiosce San Juan Chamula, gdzie w kościele, który lokalna ludność nazywa katolickim, składa się ofiary z kurczaków, jajek i coca-coli. Można do tego kościoła wejść i obejrzeć rytuały, jednak nie można fotografować. W ogóle tubylcy nie lubią być fotografowani, bywają agresywni. Poniższe fotki zrobiłam z ukrycia, bezczelnie udając, że focę cokolwiek innego. Pewnie nie zrobiłabym tego, bo zwykle nie robię niczego wbrew czyjejś woli, ale tubylcy byli tez okrutnie nachalni ze sprzedażą swojego rękodzieła, nie wystarczyło powiedzieć: "no, gracias", trzeba było to powtórzyć ze złością 20 razy, po tym, jak jeszcze próbowali żebrać... najwyraźniej nie ma tam żadnej opcji na wzajemny szacunek...
Spódnica tej pani zrobiona jest z futra, podobnie jak kubrak pana poniżej. To tradycyjne ubiory Indian z tej wioski, w sąsiednich wioskach mogą one wyglądać już zupełnie inaczej. Aczkolwiek spódnice zawsze będą długie i ciepłe, podobnie jak kubraki czy poncza.
W drodze powrotnej z San Cristobal zahaczyłam o kanion Sumidero. Warto popłynąć na 2-godzinną wycieczkę łodzią, widoki przepiękne! Pełno tam też dzikich zwierząt, np. ptaków:
 Sam kanion ma wysokie ściany, na rzece jest tama, więc nurt jest głęboki i spokojny.
 A łódka płynie całkiem szybko!
 Wije się między górami...
Czasem tak wąski, że do dna ledwo dociera słońce...
 A przy brzegach znowu ptaszydła...
 I inne stwory:
Trudno dostępny dla ludzi kanion przyciąga zwierzaki, które czują się tu bezpiecznie, nieszczególnie się kryją i nie bardzo uciekają.

Tulum

Z wąwozu udałam się do stolicy Chiapas, Tuxtli Gutierrez, żeby złapać stamtąd autobus z powrotem na północ. Ze zdziwieniem odkryłam, że nie ma tam takich autobusów, i muszę wracać do Palenque, stamtąd do Campeche i dopiero do Tulum... Całą podróż zajęła mi 24 godziny, z dodatkowymi atrakcjami po drodze w postaci zatrucia naleśnikiem zjedzonym gdzieś po drodze... Do Tulum dojechałam MARTFA, mając siłę już tylko na sen. Dostałam chatkę na plaży, która w środku miała łóżko z moskitierą. Tylko.
 Po drzemce załapałam się jeszcze na zachód słońca na plaży:
 A takie widoki są w stanie wyleczyć wiele chorób. Moje zatrucie przeszło zupełnie! :)
Mimo pięknej plaży nie chciałam zostawać w Tulum. Na plaży tylko ośrodki i hotele, do centrum miasteczka 3 km... Ruiny bardzo malownicze na brzegu morza, ale już potrzebowałam odpocząć i poużywać morza i cywilizacji. No i ponurkować! Następnego dnia pojechałam do Playa del Carmen.

Playa del Carmen! :)

To miłość od (prawie) pierwszego wejrzenia! Mogłabym tam zamieszkać. Może kiedyś? :) Ale do rzeczy. Najpierw znalazłam hostel, niby fajny, ale mało kompetentny, o czym za chwilę. Potem centrum nurkowe Bull Shark Divers, które gorąco polecam. Jeśli ktoś tam kiedyś trafi, to powiedzcie Karli, że Aga Was przysłała. Czułam się tam jak w domu, zostałam przyjęta jak członek rodziny i to było absolutnie fantastyczne! A oprócz tego było zabawnie, wesoło i imprezowo. :)
Ale zanim o nurkowaniu, to szybko o samej Playa: typowa turystyczna miejscowość, główna ulica - deptak pełna sklepów, restauracji i barów, nocne kluby, plaża, hotele. Ale jakoś, mimo nagabujących sprzedawców, mimo cen wyższych niż w Chiapas, było jakoś tak... miło było. Odpoczywałam tam. Może dlatego, że poznałam mnóstwo fantastycznych ludzi. Może dlatego, że woda taka lazurowa. Może dlatego, że nurkowanie abso-zajebiste... a może dlatego, że to właśnie moje miejsce na świecie? :)
Poza nurkowaniem chodziłam sobie na spacery, integrowałam się z ludnością lokalną, bądź napływową. Na spacerach można pooglądać sobie różne tradycyjne tańce i inne przedstawienia w wykonaniu rdzennych mieszkańców Meksyku, nie tylko Jukatanu. Zdjęcie poniżej przedstawia rytuał Danza de los Voladores (Taniec Latających Ludzi), mający na celu przywołanie deszczu. Wykonywany jest przez Totonaców z rejonu Papantla w stanie Veracruz. Mężczyźni tańczą wokół 30-metrowego słupa, 5 z nich wchodzi na szczyt. 4 przywiązuje się linami i opuszcza głową w dół. Słup kręci się w kółko w takt muzyki, rozwijając liny, aż tancerze-cyrkowcy dotrą do ziemi. Piąty tancerz na szczycie słupa gra na fujarce lub bębenku. Rytuał ten, oprócz rejonu Papantla można zobaczyć codziennie w Playa del Carmen.
Oczywiście w Playa można też dobrze zjeść, nie tylko meksykańskie potrawy, ale też europejskie i azjatyckie. Ta poniżej jest jednak lokalna: to cochinita, podana w tradycyjnym kamiennym naczyniu moltajete, czyli moździerzu. W takim moździerzu robi się różne warzywne puree. Raczej nie podaje się w nich cochinity, to wymysł tej konkretnej restauracji. ;) Cochinitę robi się z wieprzowiny, długo dusząc mięso w sosie zrobionym z lokalnych warzyw i owoców, co nadaje potrawie charakterystyczną pomarańczową barwę i przepyszny smak. Mięso jest tak miękkie, że rozpływa się w ustach. Omnomnom! :)
Kolejne rytuały, tym razem rdzennie jukatańskie:
Tańczący wojownik:
I kolejni, można ich zobaczyć codziennie w centrum Playa:
Tradycyjne stroje i artefakty:
Taniec jest bardzo widowiskowy, zwłaszcza dla miłośników/miłośniczek zgrabnych męskich pośladków! :D
A tu impreza urodzinowa jednej z instruktorek nurkowania:
Na której trzeba było rozbić piniatę (czyli papierowego stwora), żeby dobrać się do ukrytych w niej cukierków. Po zawiązaniu oczu i sprawdzeniu, że nic nie widzę, zakręcono mną kilkakrotnie w kółko, żebym straciła orientację. Dano do ręki kij golfowy. Miałam znaleźć piniatę i okładać ją kijem tak długo, aż się rozleci. Zajęło nam to dużo czasu, piwo i solidna konstrukcja piniaty stanowiły pewne przeszkody...
Rozbijanie piniaty wygląda tak:
A piniata rozbita tak:
A tak wygląda zadowolona jubilatka:
Tak wyglądał powrót do domu... jechaliśmy tym samochodem w 8 osób, część w ten właśnie sposób:
Tu z Karlą, właścicielką Bull Shark Divers:
A tu z całą Bull Sharkową rodziną! :D
Tak, butelka z niebieska naklejką to Wyborowa. Tylko chłopaki dali radę ją ze mną pić. ;)
 A tak wyglądaliśmy pod wodą... i takie rzeczy oglądaliśmy:
To ja i wrak. Statek wojenny, który został specjalnie zatopiony dla nurków, żeby mieli radochę. I mieliśmy! :)
Tutaj np. w ramach żartów i zabaw we wraku próbuję doprawić rogi Jose... tak, wakacje, zabawa, człowiek znów może mieć 5 lat! :D Oprócz wraków widzieliśmy oczywiście mnóstwo ryb, korali, homarów, żółwi, nawet rekiny. Nurkowałam również w cenotach, co jest niesamowitym przeżyciem. Po pierwsze trochę scary shit, bo w jaskini nie możesz wynurzyć się, kiedy zechcesz. Po drugie: przejrzysta woda, niesamowita widoczność daje wrażenie latania... jest się w jaskini, skały, stalaktyty wokół, wszystko jak trzeba, niby normalnie... tyle, że nie na jej dnie, a płynąc środkiem... niezapomniane przeżycie, polecam wszystkim nurkom. Cenoty, Cozumel, Playa del Carmen. A nie-nurkom polecam Meksyk! To były cudowne wakacje! :)))