Showing posts with label podróż. Show all posts
Showing posts with label podróż. Show all posts

February 15, 2016

Szanti Hampi! Don’t worry be Hampi!

Dużo słyszałam o Hampi. “Jedź koniecznie, jest super!” – prawie wszyscy tak mówili. No i pojechałam. Hampi to ruiny dawnego królestwa Vijayanagar, w swoim czasie lokalnego imperium, wpisane na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Według Ramayany właśnie tam było królestwo boga-małpy Hanumana - do dziś wszędzie pełno jego dawnych mieszkańców, którzy czyhają na produkty żywnościowe, pozostawione samopas przez nieuważnego turystę. Nam jeden taki ukradł butelkę wody i sprytnie otworzył zębami. Niestety, nie umiał napić się z butelki, wylał wodę na podłogę, i z niej wychłeptał.
Wioska Hampi Bazaar jest turystycznym centrum (zabrzmiało, jakby była metropolią, a ma zaledwie 2-3 uliczki na krzyż ;) ) – położona na tym samym brzegu rzeki Tungabhadra, co ruiny Vijayanagar. Tu można wynająć rikszarza albo rower i objechać wszystkie rozrzucone w promieniu 15 km ruiny. Są to świątynie i pałace, najważniejsze budynki dawnego imperium. Do świątyń religijni Hindusi wciąż odbywaja pielgrzymki, obchodzone są święta i rytuały religijne. Można zobaczyć, jak wierni odbywają tam codzienne modlitwy, czyli puja (pudża) oraz dostać błogosławieństwo od słonicy Lakshmi, która codziennie rano o 9 odbywa kąpiel w rzece – jest bardzo dokładnie szorowana przez swoich opiekunów. Błogosławieństwo otrzymuje się oczywiście po uiszczeniu datku pieniężnego. Zresztą w całym Hampi jest mnóstwo ludzi chętnych do udzielenia błogosławieństwa za datek. Za datek też można zrobić sobie zdjęcie z przebierańcami w tradycyjnych strojach. 
Można za dowolnie wytargowaną kwotę kupić od małych chłopców pocztówki bardzo kiepskiej jakości... dałam się trochę ponaciągać – w końcu to dobra karma! Natomiast nie dałam się naciągnąć na błogosławieństwo od słonicy – wiedząc, co się robi tym zwierzętom, żeby je wytresować i zmusić do uległości, po prostu nie mogę i nie chcę wspierać ich wykorzystywania w turystyce. Czy religijnych obrzędach. Zresztą żadnych zwierząt – unikam wszelkich usług, w które angażuje się zwierzęta. O innych życiowych decyzjach dotyczących zwierząt napiszę w innym poście... bo chyba już czas...
W Hampi znalazłam bardzo miłe towarzystwo w postaci trzech Polek, z którymi bardzo miło spędziłyśmy czas. Wlazłyśmy na wielką górę, żeby zobaczyć zachód słońca:
Ciut zmęczone, ale zadowolone dotarłyśmy na szczyt...
...ale było warto się męczyć dla pięknych widoków!
Właściwie to ciężko czasem określić, co jest skałą, a co ruiną, bo te góry tutaj wyglądają jak poukładane...
 Ale zachody słońca jednak najfajniejsze są nad morzem... ;)
 Chociaż tutaj z ciekawości przyszła też kaczka. I to nie ma nic wspólnego z polityką! :D
Potem wypiłyśmy na kolację nielegalne piwo i objechałyśmy rikszą co większe i ważniejsze ruiny. Do większości wstęp jest za darmo, do największych świątyń i królewskiego pałacu trzeba zapłacić 250 r$ za bilet. Który oczywiście zgubiłam i musiałam kupić drugi... Za cały dzień w rikszy i parę opowieści rykszarza płaciłyśmy 350 r$ od osoby. Noclegi od 400 r$ za bambusową chatkę i od 600 r$ za pokój z łazienką.
A w ruinach, jak to w ruinach, kupa kamieni. Czasem nawet kształty się nieźle zachowały, jak w wozie Sziwy:
 Turyści przyjeżdżają z każdego zakątka świata i Indii, również ci najmłodsi:
 Ogroooomna kupa kamieni! ;)

Z Hampi Bazaar można dojechać autobusem do Hospet, gdzie da się złapać autobusy i pociągi do innych miejsc, także tych bardzo odległych. Np. autobus typu „sleeper” (sypialny) ma zamiast siedzeń łóżka, normalne, płaskie, z kotarami oddzielającymi od innych pasażerów. I wszystko byłoby cudownie, gdyby tak okropnie nie trzęsło, a kierowcy nie byli gwałtownymi szaleńcami... autobusy te nie maja toalet, ale są postoje na siusiu, a czasem nawet na przekąskę. Takim autobusem przyjechałam z Goa bezpośrednio do Hampi, a raczej prawie bezpośrednio, bo autobus dojechał tylko na drugą stronę rzeki. Która też jest ciekawym miejscem, pełno tu knajpek i domków bambusowych do wynajęcia, zhipisiali backpackerzy snują się po polnych drogach... można wypożyczyć skuter i przejechać się po okolicznych wioskach. Co też, oczywiście, zrobiłam. Na najgorszym skucie w całych Indiach! Oto on:
 Pola ryżowe, palmy kokosowe i kupy ponawrzucanych kamieni. Albo poukładanych...
 Pomiędzy nimi wioski:
 I lokalna kooperacja transportowa. Zwana autostopem. :)
 I takie widoczki też były:
Ludzie są bardzo mili,  machają, uśmiechają się. Nie mówią ani słowa po angielsku, więc jeśli się ktoś zgubi, to może być kłopot. Ja zawsze jestem „uzbrojona” w telefon z mapami google, a mapy regionu ładuję na zaś, kiedy mam dostęp do internetu. Bardzo to ułatwia życie, zwłaszcza, kiedy dojechaliśmy do Hampi o 5 rano, a rykszarze chcieli nas naciągnąć, twierdząc, że do promu są 4 km, a w rzeczywistości było to ok. 800 m, które z łatwością dało się przejść, w samą porę, żeby zobaczyć wschód słońca nad rzeką... swoją drogą, to zaraz po przyjeździe do Mumbaju kupiłam lokalną kartę sim, głównie z powodu dostępu do internetu zawsze i wszędzie (tak sobie to działa, ale przeważnie działa) – Indie maja bardzo rozbudowane procedury biurokratyczne i kupno karty sim może być skomplikowane. Trzeba mieć paszport, jego kserokopię (najlepiej dwie) i zdjęcie paszportowe. Ja miałam szczęście, albo po prostu niesamowity urok osobisty i pan sprzedał mi taką kartę na liberyjskie prawo jazdy, bez dodatkowego zdjęcia. :D
Niestety nie wszystko w Hampi było piękne i miłe. Miałam nieprzyjemna przygodę w czasie przejażdżki skuterem. Zatrzymałam się nad jeziorem, żeby zrobić zdjęcie, okazało się, że na skałach obok trzech młodych mężczyzn pije piwo. Zaczęli do mnie krzyczeć, że chcą zdjęcie. Jeden podszedł, nieprzyjemnie blisko. Tak blisko, coraz bliżej, że prawie się o mnie ocierał... musiałam go odepchnąć i uciec, bo zrobiło się bardzo niekomfortowo... protesty werbalne ignorował... To niestety zostawiło bardzo zły ślad w mojej psychice i ograniczyło moje zaufanie do lokalnych mężczyzn. Na każdego patrzę teraz podejrzliwie, i nie jestem już tak miła, uprzejma i uśmiechnięta...



February 10, 2016

Podróż - lekcja życia.

Każda podróż jest poznaniem nie tylko nowych, innych zakątków świata, innych ludzi, kultur i kuchni... każda jest też podróżą wgłąb siebie. I nie wiem, czy tym razem to magia Indii, czy po prostu przyszedł już na to czas, ale tym razem podróżuję dużo bardziej wgłąb i dużo bardziej do siebie. W siebie? A może to po prostu kryzys wieku średniego, bądź co bądź, jestem już kobietą „pod czterdziestkę”! J
Każda podróż uczy mnie nowych rzeczy, nowego spojrzenia na świat, otwartości, cierpliwości, przyjmowania świata takim, jaki jest. Nawet, jeśli się to nie zgadza z moją wizją. Chodzi mi o akceptację zmienności świata. O to, że kiedyś walczyłam, że ma być po mojemu. Że moja prawda najmojsza. A teraz już nie. Kiedyś musiałam mieć zaplanowane. Poukładane. A teraz nie muszę. Teraz prawie nic już nie muszę. Na pewno nie muszę „mieć”. Posiadanie rzeczy materialnych w ogóle przestało mnie interesować. Mam parę narzędzi, które ułatwiają podróżowanie/życie. Czasem chcę kupić sobie coś ładnego do ubrania – o ile jest mi to potrzebne. Często chcę zjeść coś dobrego. Ale to już wychodzi poza kwestię „mieć”, a wchodzi w „chcieć”. Jednak chcieć to móc, więc właściwie też nie rodzi to żadnych napięć. Przez lata pracy w różnych zawodach udało mi się doprowadzić swoją sytuację życiową i materialną do takiej sprzed bycia „dorosłą”. Czyli zobowiązania finansowe spłacają się „same”, a ja wszystko, co muszę, to się utrzymać. Przy malych potrzebach nie jest to wcale trudne, ani skomplikowane. Oczywiście bezdzietnym singlom jest łatwiej osiągnąć taką komfortową sytuację. Ale zajęło mi to kilkanaście lat, żeby znaleźć się znowu w punkcie „wyjścia”. Idąc na studia, a później je kończąc, mogłam wszystko. I teraz znowu tak mam. Ale wydaje mi sie, że wtedy tego nie wiedziałam. Nie rozumiałam. Teraz rozumiem to dużo lepiej. Ale ciągle właściwie nie wiem, jak tę idealną sytuację wykorzystać. Może ta podróż pozwoli mi się dowiedzieć? Odkryć coś nieznanego w głębi siebie?
Każda podróż jest inna. Każda daje co innego. Poprzednia, 4-miesięczna po Ameryce Środkowej pokazała mi, jak bardzo dobrze jest mi w drodze. Kiedy jedynym ograniczeniem jest tylko moja własna wyobraźnia. To właśnie to uczucie sprawiło, że zdecydowałam się w końcu uwolnić od ograniczającej mnie pracy i związku. W każdym razie z pracy wzięłam oficjalnie roczny urlop... a co do związku, to decyzja pomogła nam obojgu. Mnie, bo w końcu wyrzyciłam z siebie wszystko, co nie grało. Co uwierało. Co mnie ograniczało. Jemu, bo w końcu zaczął słuchać. Nie słuchać się mnie, absolutnie! Słuchać, tego co mówię, kiedy mówię, że mi sie nie podoba. Bo w końcu się przejął. Bo zaczął działać. I starać się. Nie wiem, czy nie za późno. Może tak, może nie. Nikt nie wie, co przyniesie przyszłość... Ale na pewno nie zamierzam podporządkowywać się czyjejś wizji. Ani nikomu narzucać swojej.
Moja poprzednia podróż była trochę podróżą w czasie: pozwoliła mi przypomnieć sobie, jaką radość sprawia mi praca ze zwierzętami. Pracując jako wolontariusz w Gwatemali i Kostaryce czułam się wspaniale. Nie ma lepszego uczucia, niż popatrzeć w oczy psa i znaleźć tam czystą, bezwarunkową miłość. To zdeterminowało moje pomysły na przyszłość. Zaczęłam pracować z psami w Ghanie, profesjonalnie, zarobkowo. Da się! A jaka to frajda! Prawie taka, jak wolontariat. Szkoda, że nie da się wolontariuszować całe życie... ale na pewno będę to robić tak często, jak tylko dam radę. Mam też pomysł związany z psami na najbliższą przyszłość. Ale o tym później, po Indiach. Bo przecież nawet jeszcze nie wiadomo jak i kiedy zakończy się moja obecna podróż! ;)
W którejś z podróży nauczyłam się ufać swoim uczuciom. Nie patrzę na świat już tylko umysłem i jego analitycznymi zdolnościami. Tak zostałam nauczona, wychowana, że wiedza, że zdrowy rozsądek, że analiza danych i decyzja potem. A że decyzja podjęta męczy, nie przynosi radości? To już nie ważne, to drugorzędne. Ważny jest rozsądek. Tym zdrowym rozsądkiem udało mi się doprowadzić do wspomnianej wyżej komfortowej sytuacji materialnej. A teraz czas na emocje. Na uczucia. Na to, co sprawia mi czystą radość. Co nie powoduje stresów i napięć - no dobrze, wiem, że tak zupełnie się nie da... bo to też są emocje. Ale stresy i napięcia służące osiągnięciu celów sprawiających satysfakcję i radość to zupełnie inna jakość, niż te, które tylko nabijają komuś obcemu kieszeń świeżutkimi dolarami. Tu, jak widać, bardzo dobitnie wyraziłam swoją opinię o pracy dla kogoś. J
Gdzieś, jakoś nie tak znowu dawno temu, wyrzuciłam z siebie kupę złości i agresji, która gromadziła się tam latami, coraz bardziej uwierając i gniotąc te kawałki, które odpowiedzialne są za zdolność odczuwania szczęścia. Jeszcze trochę zostało. Może nawet więcej niż trochę. Ale już jest coraz lepiej. Już łatwiej akceptować. Siebie i świat wokół. Już coraz mniej frustracji, coraz mniej zależności. W tej podróży przebywam sama ze sobą więcej niż zwykle. Wszędzie wokół są ludzie, poznałam też parę fajnych osób, spędzając z nimi miło czas... ale jakoś ciągnie mnie bardziej ku samotności. Nawet wydaje mi się, że Facebooka używam rzadziej, niż dotychczas. Ale może to tylko próżna nadzieja, że udaje mi się ograniczyć uzależnienie? Uzależnienie jest bardzo silne – Facebook to moje jedyne medium do kontaktu ze światem. Do wyszukiwania newsów, już przefiltrowanych przez znajomych, do podtrzymywania znajomości, tych z Polski, Ghany i reszty świata. Jednak coraz bardziej mam wrażenie, że nie ma to takiego znaczenia. Że nic nie zastąpi żywej relacji twarzą w twarz, której z racji swoich wyborów życiowych nie mogę mieć ze wszystkimi, a na pewno nie w takim stopniu, jakbym chciała. Wiem, oczywiście, że nie ma to takiego znaczenia, i nigdy się nie łudziłam, że Facebook może z powodzeniem żywą relację zastąpić... jednak miałam potrzebę, bardzo silną, wrzucania postów osobistych, o tym, co tam u mnie akurat. Potrzebę dzielenia się swoim życiem ze znajomymi i przyjaciółmi, którą ciężko zrealizować inną drogą, jeśli jest się od nich daleko i nie da się twarzą w twarz. Co więcej, widzę wśród znajomych inne osoby, które wybrały życie w drodze, i one też najwyraźniej mają taka potrzebę. A ja jakby coraz mniej... za to piszę bardziej regularnie na blogu. Może to taki zamiennik? Blog nie pozwala tak na wejście w interakcję z odbiorcą, jak Facebook. Ale też kto, przy dzisiejszym zalewie fejsbukowych śmieci, wchodzi jeszcze w jakąkolwiek interakcję? Widzę to po sobie, czasem jakiś post, pod postem dyskusja nawet interesująca, a wszystko, co w najlepszym razie mam ochotę zrobić, to dać lajka. Zresztą te dyskusje na fejsie... czasem tyle w nich napięć i agresji, że nic dziwnego, że odrzucają. No i znów doszłam do wątku agresji – nie chcę już walczyć o nic. Spierać się. „Napinać”. Nie lubię agresji. U siebie jeszcze bardziej, niż u innych. U innych wszak mogę zignorować, a u siebie trzeba ogarnąć. Przepracować. Zastanowić się skąd, dlaczego i po co...
Coraz bardziej też cieszy mnie życie w ciszy, z dala od zgiełku, hałasu, pośpiechu. Blisko natury. Teraz na przykład: piszę sobie spokojnie, jest cicha noc na plantacji kawy. Cicha noc na wsi, czyli słychać szczekające w oddali psy, świerszcze koncertują z żabami. Pewnie dałoby się wyodrębnić jeszcze parę innych nocnych śpiewaków, ale niestety moja wiedza w tym zakresie jest dość ograniczona. A szkoda, trzeba będzie nadrobić!
I tak mi przyszło do głowy teraz, że właściwie po co ten post? Taki o niczym w sumie? Wstęp do czegoś, co się dzieje w mojej głowie... gdzieś tam się tworzy, kłębi, i czeka, żeby ubrać w słowa. Ale jeszcze nie dziś. Dziś po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że nie czuję sie już tak potwornie zmęczona, jak czułam się od listopada. Przed wyjazdem z Ghany, podczas pobytu w Polsce i w Izraelu, byłam ciągle, nieustająco zmęczona. Nawet na kolejne wyjazdy nie chciało mi się jechać gdzieś tam w głębi ducha, bo chciałam ODPOCZĄĆ. To zupełnie nie było zmęczenie fizyczne, bo też i niby co miało mnie tak zmęczyć? 16-18 godzin pracy tygodniowo? Psychicznie natomiast byłam totalnie wyczerpana. Pewnie za dużo jednak mi się w tej głowie kłębi... może się w końcu wykłębi?

January 27, 2016

Goa. Gdzie się podziało shanti-shanti?

Jestem już 2 tygodnie w północnym Goa, odkrywając codziennie nowe plaże, niektóre prawie puste, ukryte w lasach wioseczki, pełne białych kapliczek katolickich i kolorowych hinduistycznych... ruin niegdyś pięknych domostw... ciężko pracujących ludzi, pchających swoje wózki, rowery czy niosących toboły... z drugiej strony jest dobrze prosperujący w sezonie przemysł turystyczny. Hoteliki, pokoje do wynajęcia, chatki bambusowe na plaży, kluby, knajpy, bary, restauracje. Ulice pełne sklepów z ciuchami, przyprawami i czego dusza, bądź ciało zapragnie. Wycieczki, sporty wodne, delfiny, taksówki, skutery marihuana... znajdziesz tu absolutnie wszystko. Możesz się ubrać w bawełniane czy skórzane szaty, zrobić sobie dredy, hennę, tatuaż... i już jesteś Prawdziwym Hipisem. Jeszcze tylko masaż ajurwedyczny i ze 3 lekcje jogi i ta-dam! Możesz siedzieć cały dzień i całą noc na plaży ujarana/y i wsłuchiwać się w dźwięki gongów... i niby właśnie o to w tym chodzi, po to ci wszyscy ludzie tu przyjechali... ale gdzieś czegoś mi brakuje. Autentyczności? Braku komercji? Za dużo tłumów? Za bardzo to wszystko rozbija się o kasę? Chyba gdzieś po drodze coś się tu komuś zgubiło. Ludzie robią te wszystkie rzeczy dla swojej duchowości, a są zamknięci na innych i na świat wokół. Tłum, przez który trzeba się codziennie przedzierać, nagabujący sprzedawcy, awanturujący się turyści, głównie z Rosji (w ogóle jest ich tu większość, a na pewno większość awanturująca się...) – to wszystko nie sprzyja duchowości i potrzebie jednoczenia się z innymi ludźmi... ale po kolei.
Pierwszy postój był w Anjuna. Mała wioska, to tutaj wszystko się zaczęło w latach 60-tych. Dziś na plaży kluby z mega głośną muzyką, która gra całą noc, cały ranek i cały dzień. W środy bazar z rękodziełem, ciuchami i czym popadnie ciągnie się przez całą wioskę, albo jeszcze dalej. Nie sposób wszystkiego obejrzeć... :) Za to plaża o poranku bardzo miła. Mieszkają na niej pieski, które są bardzo miłe i chętnie przychodzą na głaskanie, czy przekąskę.
 Jedna taka pieska przyszła do mnie, usiadła obok, i tak sobie siedziałyśmy, patrząc w morze...
Oczywiście, na plażę przychodzą też krowy. Psy ich bardzo nie lubią i krzyczą głośno,wypędzając ze swojego terenu. Bo przecież człowiek tu krów nie przepędza... 
Za plażą, ukryte w zaułkach wśród palm są piękne domki, niektóre zrujnowane, inne właśnie świeżo odnowione...
 I jarzące się w słońcu bielą kościoły i kościółki:
Z czasem plaża wypełnia się ludźmi, a prawdziwe tłumy pojawiają się wieczorem, żeby zjeść kolację w knajpce czy podziwiać zachód słońca przy zimnym Kingfisherze.
Mimo tych miłych skądinąd okoliczności Anjuna była dość męcząca, głównie dzięki grającej non-stop muzyce transowej... Kolejnym przystankiem było Ashvem, gdzie spędziłam noc w chatce na plaży. Tam za to cisza i spokój, nic tylko wypoczywać, pławić się w morzu i cieszyć słońcem. Ale z kolei, ileż można? Po jednym dniu miałam dość. ;)
Jestem teraz w Arambolu, miejscu najbardziej shanti-shanti, bez wszechobecnych imprez trans/techno/cokolwiek bardzo głośnego, co robi bumbumbum. Plaża jest wielka, piękna, szeroka. Mnóstwo knajpek i barów, ludzie grają na plaży, ćwiczą jogę, tai-chi, wykonują różne akrobacje, a to sobie i muzom, a to żeby nazbierać trochę grosza na dalszy pobyt. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, a nawet kawałek w miarę cichego, odosobnionego miejsca. 20 lat temu byłabym wniebowzięta. Może po prostu jestem już stara i mam za złe? J
Spodziewałam się jakiejś takie bardziej „love vibe”... a tu widzę wokół zbyt wiele agresji, zbyt wiele słyszę krzyków. Po pierwszej nocy w bambusowej chatce okazało się, że koleś z pokoju obok (chatka ma 2 pokoje) naskarżył na mnie, że głośno gadam i nie daję mu spać. O 10 rano zadzwonił do mnie telefon, odebrałam i rozmawiałam normalnym głosem. Nie krzyczałam. Nie podnosiłam głosu. Normalnym konwersacyjnym tonem. O 10 rano. Koleś zza ściany zaczął krzyczeć: „why don’t you fucking shut up, people can’t sleep!”, więc przyciszyłam głos, żeby nie zaogniać – naprawdę nie chce mi się tutaj, ani w ogóle, wdawać w żadne słowne utarczki i agresywne konfrontacje. A on i tak naskarżył... Ale żeby tak skonfrontować się twarzą w twarz, to już nie. A bardzo był shanti. Dredy do pasa, spodnie pumpowate, obwieszony wisiorkami, itp, itd... Innym razem jechałam w nocy skuterem główna ulicą... na której, gdy pusta to z trudem mijają się 2 samochody... ruch szalony, wszyscy trąbią, mrugają światłami, skutery, motocykle, samochody, piesi, psy, krowy... a tu idzie dwóch kolesi środkiem, i nie przesuną się ani o centymetr. Pojazdy próbują ich wyminąć, trąbią, a ci nie, musi iść jeden obok drugiego cały czas. I jeszcze wiązankę bluzgów puszczają za każdym, kto na nich trąbi. Po hebrajsku. Albo w restauracji. Przychodzi pan z rodziną, zasiada jak basza, bierze do ręki przyniesione menu. Rzuca na stół z obrzydzeniem i krzyczy: „menu na ruskom jest’?!”. Słysząc odmowną odpowiedź rzuca parę bladi pod adresem Hindusów i ostentacyjnie wychodzi...
To co ja właściwie tu robię od 2 tygodni??! Otóż są 2 powody: po pierwsze bardzo potrzebowałam odpocząć, a wiadomo, że najlepiej sie odpoczywa nad morzem. Wiadomo, prawda? A po drugie przyjechałam tu na workawayową wymianę do kobiety prowadzącej „animal rescue”. Z odpoczynkiem idzie mi dość słabo, bo bez przerwy gdzieś jeżdżę. Z panią od rescue też poszło mi słabo, nasze wizje były, lekko mówiąc, „rozbieżne”. Wymiana miała polegać na 3 godzinach pracy dziennie w zamian za nocleg w tipi. Moje tipi było spleśniałe, zawilgocone i śmierdzące, co naprawiłam jakoś tam własnym sumptem (dobrze, że mam karimatę...), bo pani jakoś mnie zignorowała, a pracowałam jakieś 10 godzin dziennie przez pierwsze 3 dni... jednak oficjalnie poróżniłyśmy się, kiedy chciała karmić mlekiem szczeniaka cierpiącego na ciężki problem z przewodem pokarmowym... odwodnionego maksymalnie, który nie chciał nic jeść, a zupę z kurczaka pakowałam mu do pyska strzykawką na siłę. Zasugerowałam, że mleko nie jest najlepsze, i zanim zdążyłam dokończyć, że lepiej jogurt, bo ma więcej wartości odżywczych i jest łatwiej przyswajalny, a weterynarze stanowczo odradzają krowie mleko UHT w żywieniu jakichkolwiek zwierzaków, nawet zdrowych... to już okazało się, że kwestionuję jej decyzje, i że ile zwierząt uratowałam, itp, itd... a właśnie poprzedniego dnia kolejny kotek umarł z odwodnienia, mając dokładnie te same objawy, co pies, bo kobieta przez cały dzień nie mogła się zebrać, żeby mu dać kroplówkę... nie powiedziałam tego, zapytałam tylko, czy to oznacza, że nikt niczego nie może zasugerować, i że tylko jej opinia jest ważna i obowiązująca... otrzymałam odpowiedź twierdzącą... cóż, w tych okolicznościach rozstałyśmy się, o dalszej współpracy nie mogło być mowy. W każdym razie nie na tych zasadach. Dalej współpracujemy, ja zajmuję się oswajaniem dzikich psów w terenie. No i nie mieszkam już w spleśniałym tipi. J
Widok z mojego tipi:
A jakieś 50m za tipi było już tak:
Zwierzaków było mnóstwo, tych już uratowanych:
A jeszcze więcej tych czekających na ratunek. To półdzikie szczeniaki, które znalazłam w hałdzie piachu, wokół której mieszka stado bezdomnych psów. Psy są bardzo nieufne, osiągnęłam tylko tyle, że biorą jedzenie z mojej ręki, ale nie dają się dotknąć. Zadanie polega na tym, żeby zdobyć ich zaufanie, złapać przynajmniej suki i wysterylizować. Całe stado jest karmione przez "I love Goa Dogs", czyli w/w animal rescue. W chwili obecnej są 2 mioty, jeden dopiero co urodzony, ten na zdjęciu, a drugi też z 6-ma szczeniakami, ok. 2-miesięcznymi. Próbowałam też oswoić te małe dzikusy, ale musiałabym tu zostać jeszcze parę tygodni... na szczęście są inni wolontariusze, którzy będą kontynuować.
Czasami okazywało się, że kto inny wtrynia psie jedzenie. Kiedy próbowałam zabrać krowie miskę z wodą, delikatnie, acz stanowczo, pokazała mi rogi. A raczej rogami. :)
W moim nowym miejscu zamieszkania była restauracja i bar, a czasem odbywały się koncerty i inne występy. Może nie dawało się za bardzo pospać, ale za to było wesoło.
Po "oporządzeniu" dzikich psiaków jeżdżę na wycieczki po okolicy. Ładnie tu. :)
Szczególnie malownicze są oczywiście plaże... ;)
 Na których ludzie oddają sieę przeróżnym rozrywkom:
 Ale są też urocze kolonialne miasteczka, przyjemnie łączące elementy indyjskie z portugalskimi.
 Co przejawia się zarówno w budowlach, jak i parkach.

A teraz trochę konkretów:
Ceny.
Ze skuterem i psami, którym zawsze coś tam kupię, wychodzi mi 20$ dziennie. Skuter wypożyczyłam na 2 tygodnie, wyszło 250r$ (15 zł) za dzień. Gdybym brała na miesiąc, cena zeszłaby do 200 r$ za dzień. Noclegi można znaleźć już chatki na plaży bez łazienki za 250r$, ja mam pokój z łazienką za 400r$, też wyszło taniej, bo na na 10 dni. Na 1 dzień byłoby za 500r$. Śniadania zwykle wychodzą mi po 100 r$, inne posiłki 150-200 r$. Piwo lokalne Kingfisher 650 ml średnio 100 r$. Paliwo kosztuje tyle samo, co w Polsce, można tankować na stacji benzynowej, albo kupić benzynę z butelki na ulicznym straganie, która będzie ciut droższa (10-15r$ za litr), ale za to pod ręką. Ciuchy... generalnie da się sztukę bawełnianej odzieży kupić za 100r$, jeśli jest się zdeterminowanym do długich negocjacji. Ale jak wyczują w Tobie świeżego turystę, to usłyszysz ceny lepsze niż w kraju, np. mi udało się usłyszeć 850r$ za spodnie, które kupiłam w końcu za 200. Przepłacając o 100%. Ale... serio... 12 zł to naprawdę jest mało. Nie ma sensu się zabijać o grosze.
Transport.
O pociągach będzie osobna notka, jeszcze mam za mało doświadczenia. ;) Tutaj tylko o lokalnym transporcie – najwygodniej, moim zdaniem, jest wypożyczyć skuterem i być totalnie niezależnym od lokalnego transportu. Wtedy można zawsze i wszędzie pojechać sobie, gdzie się chce. Uwaga, w nocy jest zimno, weźcie coś naprawdę ciepłego, jeśli zamierzacie wracać po zmroku! I nie bójcie się szaleńczego ruchu – mało kto tak naprawdę jeździ szybko, wszyscy są elastyczni i maja oczy dookoła głowy. Jest znacznie bezpieczniej, niż w Afryce, moim zdaniem. Największym zagrożeniem sa turyści, bo stają sobie nagle tuż przed Tobą, bo właśnie tak postanowili... Poza własnym skuterem/motocyklem/samochodem (ostatniego nie polecam, uliczki wąskie, nie ma miejsca) sa jeszcze auto-ryksze, taksówki samochodowe i motocyklowe. Warto wypytać najpierw niezależne źródła, ile powinien kosztować dany odcinek drogi. Jechałam moto-taksówką 2 razy z dużym plecakiem, było ok, powoli i ostrożnie. No, oczywiście są też autobusy, które są bardzo tanie i bardzo powolne, i trzeba się mnóstwo razy przesiadać. Ale dla wszystkich liczących każdy grosz są zdecydowanie najlepszą opcją, bo tną koszty transportu o 90% co najmniej.
Kuchnia.
Na Goa jest wszystko. Indyjskie z całego kraju, goańskie, chińskie, włoskie, izraelskie, rosyjskie. Barszcz? Falafel? Ryż smażony z kurczakiem? Proszę bardzo. Do wyboru, do koloru. Sałatki w knajpach dla turystów są bezpieczne – nie miałam żadnych sensacji. Uważajcie na potrawy rodem z Goa – bardzo ostre, zwłaszcza vindaloo, które „zabiło” nawet mnie. :D

I nie wiem, jak to się stało, że nagle mój post stał się poradnikiem podróżnym... ale zwykle sama potem takich szczegółów nie pamiętam, a bywają użyteczne. Więc może się komuś przydadzą. ;)

January 19, 2016

Indie. Pierwsze starcie. :)

Rzadko miewam tak, że tak bardzo marzę o podróży dokądś przez tak długi czas. Zwykle po prostu wpadam na pomysł, i bam! Dzieje się. Spontanicznie coś mi przychodzi do głowy, że akurat właśnie teraz, już. No bo wiadomo, że chciałabym WSZĘDZIE. Ale tak po prostu wszędzie, bez szczególnego ciśnienia na coś konkretnego. A do Indii chciałam od zawsze, i to BARDZO. Jeszcze kiedy jako nastolatka chodziłam herekrisznić... no i nic. Nie szło. Już WSZYSCY byli, a niektórzy po parę razy! A ja? Wymówki, inne plany... a bo na 3 tygodnie to za krótko... a bo to, a bo samaniewiemco. Aż tu w końcu przyszedł taki moment w moim życiu, pełen ZMIAN. O których pewnie też coś kiedyś napiszę... No i znalazłam się w Indiach 3 dni temu, zupełnie do tego zadania nieprzygotowana. I będę tu do końca kwietnia, czyli prawie 4 miesiące!
Zdecydowałam się na ten wyjazd już jakoś pod koniec września, ale wtedy wymyśliłam sobie 3-miesięczny wolontariat w Mumbaju. Wolontariat załatwiłam, dostałam papiery do specjalnej wizy i o mało co nie wynajęłam mieszkania... jakoś tak w ostatniej chwili zrezygnowałam i postanowiłam cały czas poświęcić na jeżdżenie po kraju. I oto jestem, już trzeci dzień w Mumbaju. I już miałam mnóstwo przygód!
Leciałam linią Emirates, chyba najfajniejszą ze wszystkich, którymi latałam. Jedzenie dobre, obsługa miła, komfort, wszystkie epizody „Gwiezdnych Wojen”... które z przyjemnością obejrzałam, bo przecież właśnie wszedł VII! Obejrzałam tak naprawdę 3,5 filmu. Zamiast spać. W międzyczasie w Dubaju na lotnisku zdrzemnęłam się w całkiem wygodnym fotelu z podpórką na nogi. Lotnisko też miłe, 0,5 l wody kosztuje złotówkę! I są tam BB-8! I jeżdżą!!! :)
Za to Mumbaj... w kolejce do odprawy paszportowej czeka się dłużej niż na JFK... ale nic to, wyszłam, trafiłam prosto na ryksze, oraz na miłego pana z Air India, który poinstruował mnie, jak ich używać. Pan rykszarz nie wiedział, gdzie jest mój hostel (zarezerwowałam sobie z góry na booking.com, zwykle tego nie robię, ale nie chciało mi się błąkać w ciemno), a ten nie znajdował się  wcale tam, gdzie lokalizowały go google mapsy. Opis na stronie www też mało pomagał... ale w końcu się udało.
Hostel bardzo miły, czysty... ale drogi, 1000 r$ (60 zł) za łóżko w dormitorium. Ze śniadaniem (4 kromki chleba tostowego typu brytyjskiego, 1 jajko na twardo i herbata/czaj/kawa). Zaletą jest położenie blisko lotniska... wadą położenie daleko od centrum. ;)
Wczekowałam się, zapoznałam współlokatorkę z Rosji i padłam. Potem chciałam delikatnie się rozejrzeć, co skończyło się wizytą na plaży Juhu oraz fast foodem tamże:
Jest ciut zatłoczona... ale i tak słońce zachodzi całkiem ładnie!
A także przejażdżką miejskim autobusem i pociągiem, wycieczką po Colabie i Forcie oraz lokalnych top knajpach. Nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała lokalnego piwa KingFisher! Które dostałam w takiej szklance:
Nie byłam jakoś szczególnie nagabywana, uliczna kwiaciarka namawiała mnie na bukiet róż, ale powiedziałam, że nie mogę sama sobie kupić, bo przecież to facet powinien, to dała mi jedną różę w prezencie, śmiejąc się serdecznie. W ogóle nasłuchałam się przeróżnych historii o gwałtach, molestowaniu, kradzieżach i nagabywaniu... ale spotykały mnie tylko uśmiechy i życzliwa pomoc. Ruch uliczny i hałas też jakoś mnie nie oszołomił... ani brud... więc albo jeszcze nie spotkałam się z tym właściwym Indiom natężeniem, albo ponad 5 lat w Afryce mnie ciut uodporniło. ;)
Po namyśle muszę stwierdzić, że ruch jest tu bezpieczniejszy niż w Ghanie: tutaj wszyscy uważają na wszystkich i mają oczy dookoła głowy, w Ghanie panuje prawo większego, i ten większy już nie musi patrzeć...
Wróciłam na swoje „przedmieście” pociągiem, dałam się naciągnąć rykszarzowi (dopiero się uczę, chociaż i tak współhostelowicze patrzyli na mnie z uznaniem, że pierwszego dnia i pociąg, i autobus, i w ogóle ;)), wróciłam szczęśliwe do hostelu na międzynarodowe podróżne pogaduchy. Warto posłuchać tych, co już się tu trochę kręcą! J

Kolejnego dnia zaspałam na wszystko. No, ale w końcu mam wakacje, nie? Jak się już w końcu wygrzebałam, to pojechałam do Bandry, dzielnicy, w której miałam odbywać wolontariat. Miała to być lepsza dzielnica, z główną ulica pełną eleganckich sklepów. I poniekąd tak było, tzn. były sklepy znanych marek... a poza tym cała ulica była rozkopana wzdłuż, więc tłok był większy i wszyscy bardziej trąbili. Kupiłam 2 tuniki i poszłam na spacer nadmorską promenadą:
 wstępując po drodze na lunch:
Stamtąd postanowiłam pojechać do centrum z naleźć jakiś sensowny nocleg na kolejna noc – rezerwacje miałam tylko na 2 noce, a było za daleko i za drogo. ;)
Znowu oblazłam wielki kawał miasta, kończąc piwem i przekąską w centrum. Był taki tłok, że kelner zapytał, czy może mi kogoś dosadzić do stolika, zgodziłam się i poznałam bardzo fajna dziewczynę, z którą pogadałyśmy sobie dłuższą chwilkę. Wypytałam ją o różne szczegóły lokalnych zwyczajów, np. ile, komu i kiedy dawać napiwków. Otóż 10-15%, ale nie raczej nie więcej niż 50 r$.
Kolejny wieczór był udany, ale znowu padłam... przyjechałam przeziębiona, więc nadmiar rozrywek trochę mnie zmęczył. Chyba trzeba się trochę wyluzować i wyzdrowieć!
Hostel powitał mnie informacją, że przenieśli moje rzeczy do innego pokoju, bo tego potrzebowali dla grupy. OK, nie byłoby problemu, ale w tym pokoju mieszkał jakiś facet, a ja zamówiłam sobie żeńskie dormitorium... więc pana przeniesiono do salonu... a ja miałam pokój tylko dla siebie, co zdecydowanie pomogło na gorączkę. Dzisiaj rano wyczekowałam się po śniadaniu, pojechałam do hotelu, który oglądałam wczoraj, mieli pokój, więc poszłam tam i odpoczywałam. Pokój nie byle jaki, miał okno z widokiem na morze!!! :D
Ogarnęłam też w końcu kupowanie biletów na pociągi, i już jutro jadę na Goa! Po południu mały spacer po okolicy, fotografowanie zabytków:
I innych sławnych budynków. To powyżej to "Gateway of India", poniżej na lewo hotel Taj Mahal.
 a na obiad thali:
Oraz mieszkańcy miasta w naturalnym środowisku:

no i tyle. Żegnam się z Mumbajem chwilowo, dobranoc! A jutro pociąg na Goa! :)

June 19, 2014

Jak się nie dać zabić w ghańskim szpitalu, czyli przypadki i wypadki jeżdżą po ludziach.

Dawno już obiecałam opisać wypadki, które skłoniły mnie do zrezygnowania z motocykla. A przynajmniej zrezygnowania z niego w Ghanie. No to przyszła ta chwila w końcu! :D
Do pierwszym kontaktu z ghańską służbą zdrowia (oczywiście tą najlepszą, prywatną, nie taką dla wszystkich, tylko dla bogatych neokolonistów... ) zmusił mnie wypadek na motocyklu. Parę tygodni po zakupie wybrałam się na wycieczkę, miałam akurat 2 dni wolnego. Pojadę więc do Cape Coast na moto! Ale super! Pakując się coś mnie tknęło, żeby buty z cholewką założyć, ale tknięcie zignorowałam i założyłam zwykłe adidasy... Plecak przytroczyłam do siedzenia z tyłu, wsiadłam na moto absolutnie szczęśliwa i podjarana... ujechałam ze 2 km i przy wymijaniu samochodu skręciłam za ostro w stosunku do szybkości, na asfalcie był żwir... i runęłam tak niefortunnie, że moja lewa stopa została pod maszyną, i takim radosnym ślizgiem przejechaliśmy jeszcze parę metrów. Jakiś inny motocyklista zaraz się obok zatrzymał i pomógł pozbierać. Kierownica się z lekka pokrzywiła... a ja miałam w stopie na kostkach 2 dziury wypchane żwirem. Pomocny pan motocyklista pomógł mi również w dotarciu do szpitala, wziął mój motocykl, a ja pojechałam na jego maszynie. Takim wysokim terenowym czymś, co ledwo sięgałam stopami do ziemi. Dziurawymi stopami zwłaszcza. Ale nic to, udało się! Zameldowałam się w recepcji szpitala, będąc jeszcze w zbroi i z kaskiem, poinformowałam, że miałam wypadek i mam otwarte rany. I czekałam tak sobie z półtorej godziny. Potem mnie zawołano do gabinetu, gdzie pani pielęgniarka zmierzyła mi temperaturę i ciśnienie. Następnie kazała stanąć na wadze. Próbowałam nieśmiało zaprotestować, wymawiając się, że przecież nie mogę stać na dziurawej stopie... nie pomogło, musiałam wstać i się ustawić na wadze. Nie zgadniecie! Moja waga była zupełnie w porządku!
Następnie wróciłam do poczekalni i czekałam kolejne pół godziny. Gdy wezwano mnie do kolejnego gabinetu, był tam już lekarz. Rzucił okiem na moją stopę i zaczął ochrzaniać wszystkich, że jak to, dlaczego ja czekam tak długo, i czemu rana nie jest wyczyszczona... zabrano mnie do zabiegowego. Tam pan pielęgniarz bardzo długo otwierał różne szuflady, zamykał, otwierał, grzebał w butelkach i bandażach, wykładał, przekładał, otwierał i zamykał szuflady, wyjmował przeróżne specyfiki i medykamenty. Po kolejnych 15 minutach napomknęłam, że miał wyczyścić moje rany... podszedł do mojej stopy z gazikiem umoczonym w czymś (siedziałam na krześle, ze stopą na drugim krześle) i zaczął bardzo delikatnie i odsuwając się na najdalszą możliwą odległość, coś-jakby-muskać moje rany, trochę w stylu zabawy z kotem, kiedy się go chce niepostrzeżenie zaczepić, albo mu coś zabrać, tak, żeby nie zauważył i nie podrapał... Na szczęście zabawa w kotka i myszkę w końcu się skończyła, bo przyszedł lekarz. Oczywiście moje rany w ten sposób nie zostały nawet odrobinę oczyszczone. Skóra była poszarpana na kostkach, rany płytkie, ale żwir był pod skórą. Lekarz całkiem sprawnie je oczyścił, wydłubując żwir spod skóry, po uprzednim wstrzyknięciu miejscowego znieczulenia. Całego nie dał rady wydłubać, dlatego do końca życia będę mieć ghańską ziemię pod skórą! :)
Lekarz rany zaszył i oddał mnie w ręce pielęgniarki, która miała je opatrzyć. Napakowała gaz tak ciasno, że wydawało mi się niemożliwym, żeby rany mogły pod tym wszystkim oddychać, no ale ja nie jestem fachowcem, to się nie odezwałam. Gdy po 2 dniach przyszłam na zmianę opatrunku, pani była bardzo zdziwiona, że wszystko takie mokre! Zasugerowałam, że może opatrunek był za ciasno... odpowiedziała ghańskim sposobem "E-HEEE" i zapakowała identycznie. Wróciłam do domu, zdjęłam to i przykleiłam zwykły plaster z opatrunkiem, po to tylko, żeby szwy mi się o buty i skarpetki nie zadzierały. Po tygodniu sama zdjęłam szwy, a do szpitala (w tej sprawie) więcej nie poszłam...

Druga historia była zdecydowanie mnie zabawna. Jechałam z pracy do domu, w środku dnia, z plecakiem pełnym zakupów. Ulica w moją stronę była zakorkowana, z przeciwnej nic nie jechało, jechałam więc środkiem, wymijając pojazdy po mojej stronie jezdni. Nagle, zaledwie 20 m przed mną, na środku ulicy pojawił się samochód. Baba wyjechała z parkingu przed bankiem po prawej stronie, i nie patrząc, wjechała sobie na środek. Miałam chwilkę zaledwie, żeby pomyśleć, że muszę być daleko od motocykla... a potem już moja głowa leżała pod samochodem, który na szczęście był wysokim SUV. Głowa na szczęście w kasku, na górnej części ciał zbroja, buty, tym razem, długie. Niestety, nie miałam ochraniaczy na kolana... W momencie, kiedy zobaczyłam samochód przed sobą, tak jakby zeskoczyłam z motocykla, upadając na prawe kolano, i ślizgiem wpadając pod tylne koła samochodu. Motocykl wpadł pod przednie. Samochodowi nic się nie stało... Tłum ludzi się zebrał wokół natychmiast, wyciągnięto mnie spod samochodu i POSTAWIONO. Stałam, ale w szoku. Zapakowano mnie do samochodu baby bez wyobraźni razem z plecakiem, moto... nie myślałam wcale o moto. Zobaczyłam rozdarte spodnie i zakrwawione kolano. Baba zawiozła mnie do tego samego szpitala, gdzie tym razem natychmiast zabrano mnie do gabinetu zabiegowego. Obejrzeli kolano, nic nie wypatrzyli. Nie mają w tym niby najlepszym szpitalu w Akrze nawet Roentgena... przemyli ranę, opatrzyli. Kazali oszczędzać nogę. Nikt nie zainteresował się tym, że może poza ewidentnym urazem są jeszcze jakieś głębiej ukryte. Musiałam nalegać, żeby lekarz zechciał ogólnie mnie "sprawdzić". I okazało się, że są jeszcze obtarcia tu i tam. Najfajniejsze było takie na biodrze - kiedy jechałam w ślizgu po asfalcie, zbroja mi się podwinęła i goła skóra poszorowała tam trochę. Bardzo idiotyczne miejsce na zdrapkę, nijak nie chciało się goić. Ani ubrań nosić, ani spać, ani nic... dostałam skierowanie na Roentgen i wróciłam do domu. Przepisano mi antybiotyk przeciw stanowi zapalnemu i środki przeciwbólowe. Na zdjęciu lekarz nie wykrył pęknięcia rzepki, sprawa wyszła dopiero po paru miesiącach w Polsce. Fizjoterapię i rehabilitację zaleciłam i przeprowadziłam sobie sama. Dzięki temu kolano się ciągle zgina. Ma tylko bliznę i trochę inny kształt. Opuściłam z powodu wypadku 1 dzień pracy. Przez miesiąc biegałam po lotnisku w Akrze o kulach. Teraz biegam bez, nie odczuwam żadnych skutków ubocznych, jedynie boli bardziej, jak się uderzę. Tak, że aż stają łzy w oczach... Miałam też traumę przez jakiś czas, bałam się wyjść na ulicę w Akrze. Stawały mi przed oczami drastyczne sceny, w jaki sposób mogę właśnie w danej chwili ulec wypadkowi. Mam całkiem bujną wyobraźnię, muszę przyznać... :D
Moto odnalazło się w sklepie obok, ktoś je tam odprowadził, a właściciele się zaopiekowali. Rozbił się reflektor, skrzywiła rama. Tak, że wpadał potem w wibracje powyżej 60 km/h. Skąd wiem? Bo jeździłam nim potem mimo wszystko. Potem pojechałam na wakacje. Wróciłam i sprzedałam moto. Głównie dlatego, że w razie wypadku nikt mi w Ghanie nie pomoże. Na lokalną pomoc medyczną nie ma co liczyć... a kierowcy zupełnie nie dbają o motocyklistów. Nie patrzą w lusterka. Podjeżdżają za blisko. Nie liczą się z nimi, bo w Ghanie na ulicach jest dżungla, i tylko większy i silniejszy ma szansę przeżyć. Kiedyś wracałam do domu, było ciemno i padał deszcz, samochody po obu stronach stały, prawie się nie ruszając. Ja z powodu deszczu i ciemności też jechałam bardzo wolno, ale środkiem. Tak tu się jeździ, bokiem jest jeszcze bardziej niebezpiecznie... Nagle mijana furgonetka zaczęła skręcać w moja stronę, przyciskając się do mojego uda. Byłam tuż obok, pół metra za kabina kierowcy, a ona nie popatrzył w lusterko. Zaczęłam ręką tłuc w jego szybę, żeby przestał. Nie wzruszył się, jeszcze mnie zwymyślał. Nie aż tak, jak ja jemu potem...
Także motocykl owszem, z przyjemnością, ale nie w Ghanie. Szkoda życia, szkoda zdrowia. Bałabym się, gdybym potrzebowała naprawdę poważnej pomocy medycznej tutaj. Dlatego też któregoś dnia przeżyłam chwile niesłychanej grozy, kiedy nagle zaczęło mnie boleć po prawej, dolnej stronie brzucha. "Geeeez, tylko nie wyrostek!!!" pomyślałam... byłam gotowa wziąć pierwszy lot do Polski, ale nie dać się pociąć na miejscu. Na szczęście była to tylko kolka nerkowa... :D

Senegal. Pierwszy kontakt.

To już ponad tydzień od kiedy tu jestem. I podoba mi się! Trochę kłopotów sprawia brak znajomości francuskiego, który jest urzędowym językiem tutaj. Drugim jest lokalny wolof, którego zresztą też nie znam. Ale jak zwykle w takich sytuacjach okazuje się, że ręce i miny potrafią wyrazić bardzo wiele, i że generalnie można się dogadać w podstawowych sprawach. Oczywiście przyjaźni tubylcy uczą mnie obu języków na raz, więc jest już dużo lepiej niż pierwszego dnia. :)
Poza tym z menu w restauracji daję sobie radę bez większych problemów. Tak, mówcie mi: "ŻARŁOK"!
Ale, ale, wróćmy na afrykańską ziemię! Mieszkam w dużym domu w dzielnicy Almadies, która jest położona na najbardziej wysuniętym na zachód kawałku półwyspu Vert (Cap-Vert), co oznacza, że w Afryce nie da się być bardziej na zachodzie, niż teraz jestem. Jest gorąco i sucho o tej porze roku, pora deszczowa zacznie się w lipcu. W ciągu dnia temperatura przekracza 35 stopni. Nic dziwnego, równik daleko, Sahara blisko, klimat musi być więc inny niż w Ghanie. Co niestety sprawia, że moje ulubione ananasy nie są tu zbyt dobre. Ani słodkie, ani soczyste. Chyba w Ghanie są najlepsze na świecie! W ogóle mało tu lokalnie hodowanych warzyw i owoców. Banany z Wybrzeża Kości Słoniowej, pomarańcze z Maroka... aczkolwiek dżem z hibiskusa jest bardzo smaczny! Koloru śliwki, smaku trochę jakby róży. Poza nim nie próbowałam jeszcze lokalnej kuchni, tylko kurczaka (z cebulą i oliwkami), który zrobiła nasza kucharka, a który był bez smaku (jakby dodała lokalnych przypraw na pewno byłby smaczny!), bo tak sobie życzy reszta domowników - żeby nie używać przypraw. Zrezygnowałam więc z jej usług i gotuję sama. Mam w końcu mnóstwo czasu - pracuję 3 razy w tygodniu, po jakieś 5-6 godzin. Jest więc czas na plażę, zwiedzanie, i może pokuszę się o lekcje surfingu, kto wie? :)
Najpierw będzie o domu. Jest duży, mieszkają 2 sztuki. 5 sypialni z łazienkami, gabinet, salon, jadalnia i kuchnia. Kuchnia bardzo malutka, ledwo blatów starcza do przyrządzania posiłków. Za to jest basen:
Za białym płotem jest dom, który nigdy nie został ukończony, squotuje tam parę rodzin. Z pokoju mam na niego widok. :) Te 2 osoby i dom obsługuje niezliczona liczba strażników (tzn. na raz niby jeden, ale czasem jest dwóch, poza tym się zmieniają, i jeszcze tego nie ogarnęłam), pan sprzątacz i wspomniana już pani kucharka, która również pierze i prasuje. Czasem przyprowadza swojego paroletniego synka, który gra sobie wtedy w piłkę, więc jest weselej. Oprócz koleżanki, z którą pracuję, mieszka tu też jej pies, Umberto:
Jest bardzo miły, kocha swojego pluszowego kurczaka i spacery na plażę. Idzie wtedy bawić się z falami, uwielbia, kiedy go zalewają. Niestety jest już staruszkiem i bolą go stawy, więc nie może się tym tak cieszyć, jak kiedyś.
Moja pierwsza wyprawa poza dom to oczywiście do pracy, na lotnisko. Na lotnisku, jak to na lotnisku. Kozy odprowadzają swoich bliskich na samolot. Może do Pacanowa?
Kolejną wycieczką było przejście się po najbliższej okolicy. Ponieważ półwysep jest dość wąski, to z każdej strony w bliskiej odległości jest plaża. Właściwie wszystkie drogi prowadzą na plaże. Małe plażki pomiędzy klifami. Brzeg jest dość skalisty.
Za tym kolorowym krzakiem jest restauracja, a kamienie wyznaczają miejsca parkingowe...
Szkoła surfingu! Jest już w planie! :D A potem, kiedyś, za parę lat, może będę miała z tego taką radochę, jak te dzieciaki:
Na plaży przeważnie są jakieś knajpki i kwitnie tu życie. Spotkać można wszystkich, lokalnych i obcych, we wszystkich kolorach.
 Ludzie są tu bardzo aktywni sportowo, ćwiczą, biegają, grają w piłkę:
No i oczywiście pływają w oceanie! Nie ma tu żadnych niebezpiecznych prądów, które uniemożliwiają praktycznie pływanie w Ghanie czy Liberii. Jedyne niebezpieczeństwo to duże fale i kamienie na dnie. Trochę mnie podrapały, ale i tak było super!
(Tak, pływałam w ubraniu. Nie ubrałam się w kostium na plażę. Tak, wiem. Tak, blondynka. Taaaak...)
Kolejna wycieczka była już ciut dalsza, do centrum. Niestety, komunikacja miejska jest jeszcze dla mnie zagadką i używałam taksówek. Ale nauczę się! Zanim jednak wzięłam taksówkę, to znowu trochę pospacerowałam po dalszej okolicy. Poszłam na plażę Ngor, leżącą na wprost wyspy o tej samej nazwie. Mała wysepka, parę restauracji, plaż i mekka surferów. W planie na sobotę, na razie tylko fotka ze stałego lądu.
Na wyspę Ngor można popłynąć "promem", który jest taka ciut większą pirogą z silnikiem. Na tym zdjęciu widać ludzi wsiadających na prom. To ci pomarańczowi, malutcy, w oddali...
Na ulicy spotkałam ludzi i zwierzęta. Biały autobus jest typowym środkiem komunikacji miejskiej. Ma nawet numer i opisaną trasę. Na przystankach też widnieją numery autobusów, które się na nich zatrzymują. Inne też się tam zatrzymują, więc system wydaje się nie być taki oczywisty... 
Konik natomiast ciągnie dwukołowy wózek, którym lokalsi transportują różne towary. A przyczepy jak wiadomo służą temu, by zwierzaki miały trochę cienia!
Centrum miasta jest duże. Budynki są duże. Ulice wąskie... Nie jest to miasto piękne, przynajmniej z tego co widziałam do tej pory, ale na pewno dużo bardziej "wielkomiejskie", niż inne afrykańskie miasta, które widziałam do tej pory. Natomiast nie zauważyłam nijakiej paryskości, może poza francuskimi restauracjami i wszechobecnymi bagietkami. :)
Życie nocne natomiast jest z mojego punktu widzenia duuuużo ciekawsze (niż w Ghanie, a zwłaszcza w Liberii). Knajpy z muzyką na żywo, która nie jest dyskotekowa/taneczna/techno/etc. są zdecydowanie w stanie sprawić, że moje parę tygodni tutaj będzie przyjemne, nawet mimo, że pali się tu w środku papierosy. Do tego piwo lokalne jest znacznie smaczniejsze niż ghańskie! A artyści są wysokiej klasy. 
 No, to idę dalej odkrywać Dakar. Na razie! :)