Showing posts with label hiszpania. Show all posts
Showing posts with label hiszpania. Show all posts

November 26, 2014

Jak przeżyć 5 tygodni na Majorce i nie umrzeć z nudów. (część III)

Długo to trwało, zanim zdołałam wrócić do dawno rozpoczętego wątku o Majorce. Niestety w międzyczasie umarł mi komputer, wróciłam do Ghany i służbowo działo sie bardzo wiele. Teraz mam już nowy komputer, który nie do końca działa, ale da się używać internet i pisać bloga, a to najważniejsze. Kolejną częścią pobytu na Majorce był tydzień sam na sam ze sobą, co było bardzo miłą odmianą. Nie dojechałam do Palmy, wysiadłam po drodze w S'Arenal, który jest turystycznym przedmieściem Palmy okupowanym głównie przez młodych, wiecznie pijanych Niemców i Holendrów. Dawało to taki efekt, że wszyscy lokalsi mówili do mnie z marszu po niemiecku, mimo że próbowałam zaczynać po hiszpańsku. Cóż, bycie blondynką najwyraźniej jednoznacznie mnie kwalifikuje po aryjskiej stronie...
Znalazłam miły hotelik, pokój jednoosobowy na 4-tym piętrze ze wspólną łazienką i CIEPŁĄ WODĄ!!! Po 3 tygodniach na łódce prysznic z ciepłą wodą był spełnieniem najskrytszych marzeń. Kupiłam świeże owoce i warzywa, zrobiłam sobie sałatke na kolację. DOSKO! Poszłam na spacer, 5 minut spacerkiem od hotelu zaczyna się promenada, która kończy się w marinie w Palmie - ok 17 km. Ale pierwszy spacer nie był aż tak długi, zaledwie 10 w sumie. Wzdłuż plaży po jednej stronie i knajp po drugiej. Całkiem miło, a litr piwa Amstel w sklepie zaledwie 1 EUR. :D
Spacery były moim głównym zajęciem w trakcie tego tygodnia, obspacerowałam całą zatokę, jak również Palmę i okoliczne góry. Raz nawet weszłam do morza i od tego nie umarłam! Widoki jak zwykle były piękne, jedzenie pyszne, a piwo zimne. Palma jest bardzo fajnym zabytkowym miastem, spacer po niej, zwłaszcza nocą, od knajpki do knajpki jest czystą przyjemnością. Poza tym te ślicznotki w marinach... ech, ledwo zeszłam z łódki, a już bym z powrotem wsiadała!

 Katedra w Palmie, nie zmieściła się w aparacie, taka jest wielka!
Od maja na wyspie, a zwłaszcza w jej stolicy, można znaleźć mnóstwo ciekawych wydarzeń, np. pokaz zabytkowych samochów amerykańskich. Piękne! Błyszczące! A w tle stary, dobry rock'n'roll!
 Klasyczny Ford Mustang w 15 odsłonach, od lat 60-tych, do współczesności.
 Od tej strony dałam radę zmieścić katedrę. :)
Pyszne, świeże owoce o każdej porze dnia! To soczyste i słodkie brzoskwinie paragwajskie, które, wyobraźcie sobie, nie znane są w Paragwaju...
 Oczywiście jest też plaża. 17 km plaży. :)
 Na plażę dobrze się chodzi z Amstelem, zwłaszcza wieczorem...
W dzień San Miguel też może być. :)
Raz nawet wyglądało, jakby chciało padać, ale skończyło się tylko na pogróżkach.
I słońce dopisywało od rana, do wieczora, by malowniczo zajść, jak to zwykle na Majorce.
Oprócz spacerów po plaży odbywałam też "hajkingi" po okolicznych wzgórzach, gdyż, jak wiadomo, widoki z góry sa jeszcze bardziej malownicze niż widoki z dołu.
 A najbardziej malownicze są też z najbardzierdziejszej góry! :)
 Skoro już o malowniczości mówię, to nie tylko katedra w Palmie prezentowała się pieknie w promieniach słońca, ale też całkiem nieźle dawały radę mury obronne w nocy w świetle latarni.
Nie mówiąc już o wąskich uliczkach starego miasta, które o tej porze roku były jeszcze prawie puste, a dzięki temu jakoś magicznie zabierały w przeszłość, bo wyglądały prawie tak, jak 500 lat temu...
Pewnie nie pojadę w najbliższym czasie na Majorkę, być może już nigdy... jednak spędziłam tam bardzo miłe 5 tygodni, odpoczęłam, co rzadko mi się w wakacje udaje, pozwiedzałam, zrobiłam nogami ze 200 km! Jadłam dobre rzeczy, widziałam piękne miejsca. Szkoda jedynie, że woda w morzu była dla mnie za zimna, bo możliwośc pływania w tych pięknych okolicznościach pozostawiłaby jeszcze więcej pozytywnych wspomnień. :)

July 10, 2014

Jak przeżyć 5 tygodni na Majorce i nie umrzeć z nudów. (część I, maj 2014)

W wyniku przeróżnych okoliczności, jak zwykle niezwykle skomplikowanych, okazało się, że część tegorocznych wakacji spędzę na Majorce. Aż 5 tygodni. Nie byłam na to przygotowana, okazało się dopiero na miejscu... i trzeba było sobie z tym poradzić.
Wszystko zaczęło się od tego, że wymyśliłam sobie w tym sezonie żeglowanie. Miałam ponadwymiarowy miesiąc wakacji, który trzeba było jakoś (tanio) zagospodarować. Istnieją różne serwisy internetowe dla ludzi, którzy szukają łódek i łódek, które szukają ludzi. Użyłam jednego z nich, żeby znaleźć łódkę pływającą po Morzu Śródziemnym w maju. Łódka w wymaganym terminie miała znajdować się na Majorce. A skoro na Majorce, to dlaczego nie wykorzystać by okazji i polecieć tam tydzień wcześniej z Mamą? Ano właśnie. Tak też zrobiłam.
Poleciałyśmy Ryanairem, nie pierwszy raz, więc nie było to zbyt szokujące. Za to pierwszy raz z Modlina! No i ujdzie. Ma wszystko, co trzeba, nawet odległość jest odpowiednio daleka od miasta, a od Grodziska jeszcze większa... Ale nic to, za to parking na tydzień tani. I lot na Majorkę bezpośredni. Na miejscu zastałyśmy 50-kilometrową kolejkę do wypożyczalni samochodów, akurat do tej naszej, i do żadnej innej. Potem musiałyśmy zapłacić za pełen bak paliwa 150% jego wartości, oraz wykupić dodatkowe ubezpieczenie, co w sumie okazało się być kwotą ponad większą niż ta już wcześniej zapłacona przez internet. Małe druczki rulez... :/
Ale nic to, wsiadamy do nowiutkiego Forda i pędzimy do S'llot! Drogi bardzo dobre, drogowskazy wyraźne, dotarłyśmy bez przeszkód, znalazłyśmy hotel i poszłyśmy na typowe jedzenie majorkańskie, czyli pizzę. Pizzerii tu mnóstwo! Co druga restauracja to pizzeria... ale pizzę robią bardzo dobre. :)
Następnie zrobiłyśmy inauguracyjne zakupy typu owoce i wino w kartonie i poszłyśmy na plażę.
No dobra, plaża to może za dużo powiedziane... na brzeg morza poszłyśmy. Kolejne dni spędzałyśmy jeżdżąc na wycieczki po wyspie, przysiadając tu i tam na plaży, jedząc pyszne lokalne sery i świeże owoce. Wieczorami, jak zwykle, grałyśmy w karty, popijając sangrię.
Majorka jest bardzo malownicza. Po zachodniej stronie są góry, dochodzące nawet do 1445 m n.p.m. Urwiska i kamienie są wszędzie, czasem jednak tworzą się małe plażki, ukryte między skałami. A po tych wszystkich skałach i górach biegają stada kozic, drąc się wniebogłosy.
Ogólnie widoki były przepiękne, drogi dobre, a rowerzyści szaleni. Coś jest nie tak z prawem, które pozwala użytkować drogi ludziom nie mającym pojęcia o przepisach ruchu drogowego...
 Uliczki Alcudii, średniowiecznego fortu na północnym krańcu wyspy.
 Wschód słońca z naszego okna. :)
 Jedna z plaż ukrytych między skałami. Do niektórych można się dostać tylko od strony morza!
Z emocji wywołanych pięknym widokiem horyzont się skrzywił (zawsze jest jakieś usprawiedliwienie dla złego fotografa ;) )
 Wieża obserwacyjna. W XVI w. wyspa była często obiektem ataków piratów z Imperium Otomańskiego.
 Takich widoków nie trzeba komentować!
 Północno-zachodni kraniec wyspy. Skały, kozice i rowerzyści...
Katedra w Soller.
 Plaża w S'llot.
 Nasz hotel od strony morza.
 Widok z balkonu.
Kolejna urocza zatoka...
Tak jeżdżąc po wyspie, oglądając urocze zakątki, jedząc pyszne lokalne sery spędziłam pierwszy tydzień. Kolejne trzy w następnej notce! :)

November 10, 2013

Bo moja Mama zawsze chciała zobaczyć ocean! (Kanary 2013)

Tytuł jest odpowiedzią na pytanie, dlaczego nagle pojechałam na wakacje do cywilizowanej Europy (nawet jeśli geograficznie jest bardziej Afryką), zamiast gdzieś w dzikie strony. Do Ghany Mamy nie zabiorę, nie ma mowy! Po moich przygodach z tutejszą służbą zdrowia... Więc gdzie? Żeby blisko, cywilizowanie i ciepło w lutym? Kanary! Z małym przystankiem w Barcelonie. :)
Spędziłyśmy w sumie w Hiszpanii ponad miesiąc, odwiedzając Barcelonę, Gran Canarię, Fuerteventurę i Lanzarote. W życiu tyle nie odpoczywałam! Ale po kolei.

Barcelona

Nie będę się tu wygłupiać i opisywać, co w Barcelonie można zobaczyć i co zrobić. Wycieczka z Mamą ma pewne wymogi: musi odbywać się na kółkach. Mega hitem okazało się być metro, którym bardzo łatwo można się dostać do wszystkich interesujących kawałków miasta oraz piętrowy autobus wycieczkowy bez dachu. Aczkolwiek proponowałabym pokład otwarty raczej w kwietniu... Okropnie zmarzłyśmy!

 Widok z wieży Sagrady Familii.
La Rambla
Port jachtowy

Inną cechą podróżowania z Mamą jest dzienny tryb życia i brak wieczornych i nocnych atrakcji. Dlatego na pewno jeszcze do Barcelony wrócę. ;)

Gran Canaria

Spędziłyśmy tu tydzień. Objechałyśmy wyspę wokół i nie tylko, wynajętym samochodem. Mieszkałyśmy w wakacyjnym kompleksie apartamentowym. Najważniejsze było jednak to, że ocean był WSZĘDZIE!
Gran Canaria, jak pozostałe wyspy archipelagu, jest wulkaniczną skałą, na której czasem coś rośnie. Ta akurat ma wulkany wysokie na ponad 1800 m, co przy średnicy ok. 70 km daje bardzo ciekawe efekty krajobrazowe, jak np. ten poniżej:

Takie widoki są po zachodniej stronie wyspy, wschodnie wybrzeże jest łagodniejsze. Jednak mimo urwistych brzegów zawsze można znaleźć jakąś miłą, spokojną dolinkę, która schodzi do brzegu tworząc czarną, kamienistą plażę:
 Plaża w Agaete
Te doliny przecinają wyspę we wszystkich kierunkach, idąc od środka, ku brzegom oceanu. Najwyższy wulkan jest mniej więcej na środku Gran Canarii, a sama wyspa jest prawie okrągła. W wyższych partiach dolin pojawia się roślinność, od eukaliptusów i iglastych krzaków po sosnowe lasy. A typowa dolina wygląda tak:
 Droga wije się serpentynami...
 I znienacka odkrywa się urocze miasteczka w zacisznych zatokach:
Po dniu pełnym wrażeń (jazda samochodem po takich serpentynach, drogach bardzo wąskich, z urwiskiem po jednej, a ścianą skalną po drugiej stronie, gdzie nie sposób zobaczyć, co za kolejnym zakrętem, i czy może trzeba się będzie cofać... bywa męcząca ;)) czas na relaks. Spędzałyśmy wieczory grając w karty i pijąc sangrię z dzbanka domowej roboty...
Oczywiście zagryzałyśmy lokalnym owczym serem, który podaje się tu z konfiturą/dżemem jagodowym. Pyszny, zwłaszcza ten bardzo dojrzały. Poza tym ziemniaki pieczone z sosem mojo... no i ryby, oczywiście.

Fuerteventura

Pustynia z wulkanami. We wszelkich odcieniach brązu i żółci. Tylko ocean błękitny, czasem lazurowy, a kiedy pogoda się zmieni, to ryczy i bucha granatem i bielą spienionych grzywaczy. Spędziłyśmy tu 3 tygodnie, jeżdżąc po wyspie, odkrywając ukryte plaże, wioski w górach, kozice i uchatki. Ale jeśli nie jesteście przypadkiem surferami albo cyklistami, to polecam raczej maksymalnie 1 tydzień pobytu, chyba, że cenicie sobie ciszę i spokój oraz dziesiątki kilometrów pustych plaż.
Po Fuercie jeździ się znacznie łatwiej niż po Gran Canarii, góry (wulkany) sięgają zaledwie kilkuset metrów, a zakręty nie są tak ostre. Widoki w związku z tym nie są aż tak spektakularne. Niemniej jednak można zobaczyć parę ciekawych rzeczy. Zachodnia część wyspy ma wybrzeże urwiste i strome, a ocean wściekle rozbija się o skały:
Tworząc czarne plaże, pełne kamieni lub wulkanicznego piasku:
Skały bywają miejscami bardzo strome i ciężko dostać się do samego brzegu:
Praktycznie cała linia brzegowa jest właśnie taka:
Wyjątkiem są zatoczki, w których przycupnęły rybackie wioski:
Albo miasteczka, dziś prawie zupełnie już wyludnione:

 Na uliczkach ciężko kogoś spotkać:

Po wschodniej stronie wyspy szaleje wiatr z Sahary, który nanosi tony piasku. Kiedy wieje, widoczność jest mocno ograniczona, w ustach czuć pył, a czasem ciężko jest ustać na nogach, tak bywa silny.

Jednak niektórzy lubią, kiedy wieje tak ostro i dopiero wtedy wychodzą w morze z każdym rodzajem desek, czy to z żaglem, latawcem, czy bez:

Jeśli jednak wieje mniej, to po wschodniej stronie nawiało już tyle pustynnego piachu, że można cieszyć się kilometrami złotych plaż:

Które czasem łagodniej opadają ku wodzie:
Czasem wystają spod piasku skały gdzie-niegdzie:
Ale czasem przy samym brzegu sterczą ostre, wulkaniczne skały:
Wokół wyspy, albo przez jej środek, można przejechać się quadem, buggy'em, albo po prostu rowerem:
Co jest mega-zaje-fajne!!! :D

Lanzarote

Byłyśmy tam tylko jeden dzień, ale najbardziej nam się podobało. Ta jedna, trzecia co do wielkości, wyspa archipelagu ma w sobie wszystkie cechy pozostałych. Wulkaniczną pustynię, piaszczyste plaże, strome urwiska, wysokie góry z serpentynami, żyzne, zielone doliny pełne upraw owoców cytrusowych, bananów i eukaliptusów. Oraz ma też największe rondo na świecie...
Większa część wyspy wygląda jak mieszanka Gran Canarii z Fuerteventurą (ależ ja upraszczam!), a 1/3 została zupełnie zniszczona przez wybuchy wulkanów w latach 1730-1736 i tworzy teraz pustynię lawy ze sterczącymi wszędzie kraterami, zwanymi Górami Ognia. Jest to widok zupełnie niesamowity, kojarzący się raczej z Księżycem, niż z Ziemią... tuż pod powierzchnią gruntu ciągle tli się niesamowita energia wulkanów, w niektórych miejscach czuć przez buty, że ziemia jest gorąca.
Poniższe zdjęcia zrobione zostały w Parku Narodowym Timanfaya, jednym z najbardziej niesamowitych miejsc, które widziałam dotychczas:







Nie wiem, czy wrócę kiedyś na Wyspy Kanaryjskie... być może na te, których nie widziałam. Jednak było warto je zobaczyć. Krajobrazy zapierają dech w piersiach. I te "klasycznie piękne", i te poerupcyjne. Człowiek się czuje taki malutki i bezbronny wobec żywiołów... uczy się pokory i szacunku wobec Natury.